czwartek, 1 stycznia 2015

Noworocznie

Nowy rok się zaczął. Nie było imprezy, a my byliśmy zmęczeni, więc jeszcze przed północą olaliśmy sprawę i poszliśmy spać. Pozytywny aspekt: Nie było ani jedjego wystrzału petardy. NIC. Całkowita cisza, spokój. Zarówno domowe jak i dzikie zwierzaki nie musiały się stresować. Wygrzaliśmy się wcześniej przy kominku i wypiliśmy tutejszą wersję wódki z jajami. 
Na dziś zostało wino do zagrzania, ale jeszcze chwilę chcę posiedzieć na trzeźwo, bo robię opłaty.

31 grudnia dostałam wypłatę. Wygląda na to, że potrącili mi podatek. Ale to normalna procedura. Pewnie za miesiąc zwrócą. Albo za rok... 


W dalszym ciągu zwiedzamy okolicę. Jest tu całkiem fajny lasek, w którym można się schować przed wiatrem i są jeziorka. 








Na fotce poniżej widać nasz komplek budynków. Daleko na drugim brzegu. Właściwie to mieszkany w fajnym miejscu tylko nam sie trafiły okna na parking.



Jest też mnóstwo ptactwa, z którym Korlat chciałaby się zaprzyjaźnić. To chyba jakiś rodzaj gęsi czy coś w tym rodzaju. W każdym razie są spore i często na ziemi lub w wodzie,



Dziś doszłam do wniosku, że wybrałam najlepsze możliwe miejsce do zamieszkania: Nie bardzo drogie i blisko sklepu. Bez auta w innych oglądanych przeze mnie lokalizacjach mielibyśmy znacznie trudniej. 

W okolicy jest jakis rodzaj parku/rezerwatu.
Zwróciliśmy dziś uwage na tablicę informacyjną. 


Co nas zadziwiło? Ano to, że zawartość tablicy już wypłowiała, widać że ustrojstwo stoi tu dość długo, a nie ma na niej żadnej rysy, żadnych bazgrołów flamastrem. Coś niesamowitego...

Właśnie rozpalamy kominek. Przemek przy tej okazji poruszył temat zapalniczek i mi się coś przypomniało: Jestem tu miesiąc i już przywwykłam, że nikt nie pali papierosów na ulicach! To cudowne! W ogóle przestałam kaszleć. Astma prawie nie daje o sobie znać. No, chyba, ze uchylimy szybę w kominku, żeby drewna dołożyć. Wtedy zaraz się duszę.
Jedyne miejsce w którym zdarza mi się natknąć na palących to okolice supermarketów. 

"Nasz" pies z mordowni - ten na którego zbieraliśmy na ślubie - czeka na koniec kwarantanny. Mam nadzieję, że nie będzie żadnych problemów. To niesamowite, że czasem nie udaje się zabrać psa z takiego miejsca. Ale w najgorszych psich przechowalniach takie rzeczy się zdarzają. Albo pies znika - że niby wyadoptowany, albo "nie jest do adopcji". Można z tym próbować walczyć, ale zazwyczaj nie da sie nic uzyskać, bo nawet jak jest jakiś postęp w sprawie, to psa dawno już nie ma. Mam nadzieję, że tym razem będzie dobrze. Wybraliśmy już dla niego imię...
Psiak jest umaszczony jak hovawart, czarny podpalany. Nie wiem jaki jest duży, bo po zdjęciach w kojcu bez czegoś, do czego można by się odnieść po prostu nie da się ocenić. Nie bardzo chyba jest szansa, by w takim miejscu zapodział się hovek, albo choc hovkowy mix... Zobaczymy, choć dla jego dobra mam nadzieję, że jest tylko podobny. Inaczej może wymagać pewnego siebie i znającego psy właśniciela, a to czynnik ograniczający szansę na szybką adopcję. 
Trzymajcie kciuki!

Z rzeczy dziwnych i nie do końca zrozumiałych: przy zakupie wina poproszono nas o... prawo jazdy lub inny dokument tożsamości. Oczywiście do sklepu paszportu nie noszę. Ale miałam w portfelu prawo jazdy. Pani była na tyle miła, ze uznała początek PESELU za moją datę urodzenia. Ufff...

W ogóle nie mogę przywyknąć, ze jak proszą o prawo jazdy to mam pokazać paszport. Odruchowo sięgam po to o co proszą. I tak w banku podałam pani prawko... Zaraz się zorientowałam w czym rzecz, ale i tak było wesoło. 

Co zaś do portfela, to dolary sa za duże i się nie mieszczą. Nie nosze dużo gotówki, więc składam je na pół i jakoś upycham. Prędzej czy później jednak będzie trzeba coś kupić. Tylko do tej pory nic ładnego nie znalazłam. 

Wszystkim, którym nie zdążyliśmy, życzymy Szczęśliwego 2015!


P.S. Kojarzycie grzańca galicyjskiego? No bo właśnie jest tak, ze tu go nie ma. Pytałam Jennie, podobno wino do picia na ciepło można czasem znaleźć przed świętami, ale nie jest tu popularne. Nie podoba mi się ta myśl. 
Kiedyś dawno temu w książce z przepisami kuchni rosyjskiej znalazłam przepis na takie i pamiętam, że było świetne, lepsze od typowych dostępnych grzanych win. No cóż. Wygląda na to, że z braku gotowca będę udoskonalać znalezione przepisy. Jako ex-farmaceutka powinnam sobie poradzić. (Choć na studiach uczli mnie tylko nalewek).  






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz