poniedziałek, 5 stycznia 2015

Joshua: Discount & drive in

Dwa obowiązkowe słówka po tej stronie Atlantyku. Drugie przypomniało mi się po drodze z tajskiej knajpki, gdzie Ewa zabrała mnie na obiad (po ludzku: kolację, bo była już 7 wieczór), kiedy to zobaczyłem pod bankiem stanowiska do obsługi przez elektroniczne "okienko" bez wysiadania z samochodu. Pierwsze związane jest z odebraną w końcu (przyszła w piątek, na złość jak wyszedłem z psem na spacer) paczką z Kohl'a, z naszymi nożami kuchennymi. Wartość cenowa nie jest tak ciekawa, jak wypełnianie okienek z rabatami: a jeszcze 15% z kuponu, a 10% mamy na hasło (które jest podane na głównej stronie sklepu...), a 20% jeszcze za wyprzedaż z danego dnia (też reklama z głównej strony albo z maila, już nie pamiętam), a system przyjmuje tylko cztery kody rabatowe za jednym razem, to mając w sumie z 5 czy 6 zaczynamy wybierać które się teraz opłaci wpisać, a które jeszcze poczeka... Jak poinformował nas w trakcie poprzednich zakupów Bartek: tu chyba tylko frajerzy kupują za pełną cenę. Jeśli nie w tym sklepie to w innym, a jeśli nie teraz to za jakiś czas - wszystko będzie taniej. I to nie kilka procent jako wyprzedaż resztek z wieszaka w Polsce, ale - jak dziś sprawdzana przez nas promocja "poświąteczna" (w odróżnieniu od przedświątecznej, w czasie której Ewa zrobiła większość zakupów niezbędnego wyposażenia naszego flapartamentu) - np. 60%, PRAWDZIWE. Fakt, kuchenne ścierki Calvina Kleina bez tej przeceny mają na metce zapis przyprawiający o stan przedzawałowy dla bezrobotnego imigranta z dalekiego kraju.

A wracając do okienek samochodowych: pal diabli MacDonalda, który i u nas jest w ten sposób pobudowany (inna sprawa, że nie pojmuję koncepcji jedzenia w samochodzie, gdzie nie da się rozprostować nóg, za to łatwo pochlapać tapicerkę i ciuchy keczapem), ale ciężki szok przeżyłem widząc po raz pierwszy pod jakimś parterowym baraczkiem (to chyba był jeden z tutejszych banków, bo prawie wszystko stawiają parterowe, jakby chodzenie po schodach bolało) bankomat obsługiwany z samochodu... Nie ma więc nic dziwnego w parkingach pod każdym domem i barakiem, sklepem, myjnią i jadłodajnią, pod kościołem z resztą też. Inaczej pewnie wierni nie dotarliby na mszę. Ciekawe, czy można przyjmować błogosławieństwo wodą święconą przez szyberdach.

Tymczasem w chałupie poprawiliśmy od wczoraj o jakieś 100% wydajność ogrzewania: wystarczyło usunąć przedmuchy i przewiewy. Szkoda, że mostków termicznych, a raczej całych termicznych grobli, nasypów i autostrad z estakadami, w postaci metalowych ram okien i drzwi balkonowych - usunąć się nie da. Jeszcze dziś rano Ewa pytała, po wczorajszych pracach typu prowizorka, co jeszcze trzeba by uszczelnić; odpowiedziałem zupełnie poważnie "ściany" i nie wiem dlaczego owo spostrzeżenie ponoć u kilku osób wywołało reakcje opisywane jako oplucie monitora. Nie widzę w tym nic zabawnego, jutro wracam do zajęć z silikonem (folia na oknie balkonowym już jest, i jakimś cudem mimo mojej techniki montażu typu "amator zza oceanu" się trzyma; a i mimo klejenia na lokalnym zlodowaceniu pokrywającym aluminiowy próg) i spróbuję zapistoletować okna.

Zastanawiam się, jak teraz odpowiadać na pytanie: jak mi się tu żyje. Póki co cicho i spokojnie, dzieląc czas tylko pomiędzy psa i prace domowe, oraz (dziś na przykład) próby nadgryzienia swojego statusu administracyjnego. Znaczy usiłowałem zrobić w automacie zdjęcie do wniosku o pozwolenie na pracę; nie wyszło. Zdjęcie można wydrukować jak jest, albo powiększyć - opcji zmniejszenia nie ma, a maszynka chyba ze względu na rozdzielczość zgłupiała przy rozmiarze; mam więc zbędne dwa WIELKIE swoje portrety w formacie "do portfela" z kretyńskim formalno-ponurym wyrazem pyska. Potem będę żył jak Ewa: wstawał zaspany późno (bo na 9 na roboty), wracał na koniec dnia, po przerwie w środku roboty na kanapkę nazywaną lanczem. Liczył co można kupić za pensję, bo można całkiem sporo jak się już nie będzie na dorobku. Ale to tylko dwa lata, więc nie ma się co emocjonować. Chociaż jak siedzę tu JUŻ dwa tygodnie, to potwierdzam zdanie Ewy: jak się tak rozejrzeć, to nie jest tu wcale tak źle jak na miejsce do życia. Korlat też się podoba spacerniak, w którego roli mamy za płotem milowe pole golfowe. Jakby komuś było mało, to w miasteczku są zdaje się cztery takie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz