Życie bez tutejszego prawa jazdy jest... ciężkie. Na ten dokument, w zasadzie jedyny identyfikacyjny, kupuje się tu piwo (sprawdzają nawet osobom już na pierwszy rzut oka dorosłym), głosuje w wyborach. Opcjonalnie w tym ostatnim przypadku wystarczy potwierdzenie innego znanego im obywatela stanu, czy dwóch; całkiem jak na dzikim zachodzie - obywatel poświadczy za drugiego obywatela. W związku z tym trzeba będzie zrobić. ALE: do wszystkiego potrzebny jest numer ubezpieczenia. A ja go nie mam i nie przysługuje mi. Jest jednak mocno zamotana w poradach informacja, którą przyniosła Ewa - że MOŻNA. Tylko trzeba znaleźć jak... Pół dnia poszukiwań, i już wiem: w tutejszym "zusie" nam wziąć zaświadczenie o niepodleganiu ubezpieczeniu. Chwila kopania w poradach dla studentów jak to załatwić i mogę ruszać kolejnego poranka, czyli świtkiem koło południa. W tym celu zaczynam od wizyty na uniwerku po wydrukowane zaświadczenia i kserówki dokumentów, które wszędzie są potrzebne - te z którymi przyjechałem.
Przy tej okazji jemy "lunch" - ja wybieram klasyczną kanapkę BLT (bekon, sałata, pomidor). Moja pierwsza, więc uwieczniłem - klasyka, jak pomidorówka Campbella. Ewa nie ma pojęcia co to jest, trochę się z niej nabijam kiedy spożywa swoją kanapkę z indykiem i... tak, bekonem. Wegetarianie faktycznie mogą tu mieć ciężkie życie. Mięsożercy i pozostali też, bo we wszystkim jest żółty ser (pod bekonem odkrytym pod indykiem też), majonez, a pieczywo - oczywiście białe tostowe; "ciężkie" patrząc więc na autochtonów dosłownie.
Po wizycie na uniwerku, z którego foty innym razem żeby mi się za szybko nie skończyły do ozdabiania postów, piechotą zwiedzam miasto (2 mile) i spaceruję do Lafayette, czyli na drugą stronę cieku wodnego ukazanego powyżej zwanego Wabash. W drugą stronę rzeka była jeszcze zamarznięta, ale tor wodny zasłaniała seria mostów łączących oba miasta. Fajny spacer, dzień jest ciepły, a ja nie byłem jeszcze w zasadzie w mieście nie licząc przejazdów autobusem czy samochodem. Miasteczko w centrum przestaje przypominać pole kukurydzy zabudowane barakami z sidingiem, pojawiają się nawet wyższe budynki - chociaż większość to oczywiście parterowe, góra piętrowe. W zasadzie z miejsca trafiam do lokalnego oddziału Social Security Administration, czyli "zusu". Problemu nie ma, od rzeki liczy się ulice po numerkach, SSA jest na 2-nd st.
A tu ciekawostka: ten "baraczek" to oddział lokalnego ZUS-u dla (łącznie) 100-tysięcznego miasta. Z blisko połowa to poczekalnia i stanowiska obsługi klientów. Z krzesełkami, strażnikiem, numerkami. Strażnik mnie nieco zaskoczył; na wejściu jest informacja że broni wnosić nie można, w tym stanie ponoć jest więcej luf na głowę niż w Teksasie. Za to w czasie spaceru przyglądałem się dziwnie układającej się koszuli na "pulpeciku" z odznaką. On tu sobie siedzi pilnując emerytów w kamizelce kuloodpornej...
Skoro już wiedziałem, co mam dostać - po wyczekaniu 1,5 godziny, rozmowa trwała kilka minut; wracam z wymaganym dokumentem, z uśmiechem i od ręki. Drugie spotkanie nie jest już starciem, jestem dumny ze swojej samodzielności; chociaż Ewa twierdzi że muszę zacząć z nimi gadać przez telefon, bo tu się tak wszystko załatwia. Fajnie, tylko nie wiem po co: w większości przypadków to automatyczne infolinie. Teraz mam się jeszcze nauczyć do egzaminu, bo inaczej nie będę mógł jeździć naszym nowym (znaczy używanym, jak już go kupimy) samochodem. Ciekawe co znajdziemy...
W domu sprawdzenie konta przynosi wieść iż Homeland Security dostał moje podanie o pozwolenie na pracę, bo zrealizowali mój czek na opłatę. Przypomina mi to, a jest to druga arcyciekawa kwestia po "starciu" z SSA, adnotację na instrucji wypełniania wniosku do nich. Otóż służba (bo większość urzędów nazywa się tu właśnie tak - dosłownie tłumacząc - od service) ds. obywatelstwa i imigracji grzecznie i stanowczo informuje, że przysyłane do nich czeki są realizowane w trybie elektronicznym, co powoduje iż pieniadze mogą zostać podjęte już w ciagu 1-2 dni od daty otrzymania tegoż; w przypadku osobistego (nie moim, bo nie miało sensu jechać do Indianapolis) doręczenia nawet tego samego dnia. Tym samym grzecznie informują, by zapewnić na koncie bankowym środki na jego realizację, bowiem jeśli czek okazałby się być bez pokrycia, to oni... spróbują jeszcze tylko dwa razy pobrać pieniądze, zanim finalnie podanie odrzucą z braku opłaty. Pokażcie mi polski urząd, który nie tylko grzecznie poinformuje o swojej procedurze np. opłaty, ale jeszcze będzie czekał na jej dokonanie przez obywatela i sprawdzał czy już może się zająć jego prawidłowo wniesionym wnioskiem. Chyba zaczynam preferować tutejsze podejście do mieszkańców.
A na koniec mój bilet autobusowy do całodziennej podróży po obu miastach: $2, jak tu to zapisują. Jeszcze ciekawszy jest "transfer", którego póki co nie sprawdzałem - wsiadając do autobusu chyba trzeba go sobie zażyczyć, a potem zamiast biletu - wrzucić do spradzenia w kolejnym, po przesiadce. Niby logiczne: skoro zapłaciło się za podróż, to należy za uiszczoną opłatą dotrzeć na miejsce, nawet jeśli z przesiadką. Nie mam pojęcia, czy tutejszy transport miejski się utrzymuje sam czy jest dotowany, ale jakby nie liczyć jazda nawe licząc nominalnie kosztuje mniej niż w Krakowie. A do tego np. miesięczny bilet (po prostu, 31-dni - nie ważne ile i jakimi liniami) kosztuje $28 dla normalnego obywatela. Tyż fajnie.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz