Wczoraj nareszcie zaczęłam robić to za co mi płacą. Rozwiązałam jedną z zagadek, nad którą nikt wcześniej nie usiadł. Obydwaj moi szefowie (a nawet wszyscy trzej) założyli, że są za słabi z chemii, więc wrobią w to tego kogoś, kto tu przyjedzie.
W sumie zagadka nie była trudna, i każdy mógł znaleźć odpowiedź, nawet nie rozumiejąc zagadnienia. Ale dzięki temu, że nikomu nie chciało się w to brnąć, mam swój pierwszy częściowy "sukces". Inna sprawa, że ta pierwsza odpowiedź na oczywiste pytanie dała dwa kolejne - bardziej zlożone - pytania i podważyła zasadność radości z faktu, że odpowiedź na pierwsze pytanie była zgodna z naszymi życzeniami.
Ale tak to właśnie działa i jeszcze dużo takich pytań i odpowiedzi i choć nigdy nie odpowiemy na wszystkie, to może znajdziemy odpowiedzi na wystarczająco dużo z tych bytań, by nasz pomysł dało się zrealizować. Wtedy napiszemy kilka publikacji i będziemy szczęśliwi. I własnie to jest to, co w takiej pracy lubię i co daje frajdę i pozwala się dobrze bawić. (A mój szef może opatentuje to co chce w ostatnim etapie badań opatentować, to jeszcze zgarnie kase i będzie mógł finansowac dalszą zabawę dla kolejnego postdoca albo i dwóch.)
Na obiad (tak, tak, przywykłam do tutejszej terminologii) zabrałam męża do tajskiej knajpki. Przez chwilę korciło mnie na klasyczny amerykański bar - ja jadłam w takim pierwsze śniadanie w tym kraju - ale jakoś długo czekaliśmy z wyjściem, bo w święta i nowy rok prawie wszędzie było pozamykane i miałam ochotę zabrać go na coś smaczniejszego.
Do picia wzięliśmsy wodę - nie miałam ochoty ryzykować ich herbaty z mlekiem i dopiero płacąc przypomniałam sobie, że woda tu jest za darmo. Za obiad wyszło nam więc 36$ (już z napiwkiem).
Za pierwszym razem ta sprawa z darmową wodą naprawdę mnie zdziwiła:
Można wejść do baru z samoobsługą, wziąć jednorazowy kubek, nalać sobie wody z automatu, napić się i wyjść. I nikt nawet krzywo nie spojrzy.
Do knajpki mamy jakieś 15 minut pieszo. Było przyjemnie, choć jednak zimno. Zmarzliśmy wracając. Mimo to - już tradycyjnie - na wieczorny spacer poszlismy z Korlat obydwoje. Tak było od zawsze. Wieczorny spacer był całym stadem. I chyba tak zostanie, mimo, że teraz i rano i po południu chodzi z psem pan a nie pani.
W nagrodę do wieczora dosypało nam śniegu. Prognoza zapowiadała, że będzie pruszyć do rana i tak właśnie było. Kiedy wczoraj wrócilismy ze spaceru czujnik CO znowu wył. Wyjęlismy baterie a rano zaniosłam go Tylerowi, opisując jako rubbish. Zrobiłam to świadomie, ale Tyler się uśmiechnął pod nosem. Nie skommentował.
Wyjaśniłam mu dokładnie, że problemy są od wigilii, że baterie są nowe i że w wigilię testowaliśmy go na polu. Podziękował i wyraził wdzięczność, że go sami rozgryźliśmy zamiast go wzywać. Podobno już jeździł do podobnych przypadków. Grzecznie poradziłam dołączanie przyszłym lokatorom instrukcji obsługi do umowy najmu.
W mieszkaniu jest już wyraźnie cieplej. Czeka nas jeszcze tylko uszczelnienie drzwi wejściowych, ale jesteśmy dobrze przygotowani - Bartek pooglądał wszystko i zabrał nas na kolejne zakupy. Śmiał się przy tym, ze co jak co, ale uszczelnianie drzwi ma opanowane, co nas bardzo ucieszyło. Trzeba jeszcze tylko uszczelnić drzwi na korytarz, bo tu korytarzy nikt nie ogrzewa.
Dzis bylo kolejne szkolenie. Tym razem z zakresu prawa pracy: Jak nie dać się zwolnić kiedy jest się chorym, co wolno pracodawcy a czego nie. Na szkoleniu była też Jennie i Kathy. Później pojechałyśmy na lunch. W czasie lunchu przyszło nam do głowy, że żadna z nas nikomu nie powiedziała, że mamy szkolenie, więc Jennie zadzwoniła do Paula. Rozmowa wyglądała tak:
- Cześć, tu Jennie, jestem z Kathy i Ewą na lunchu tu i tu... przynieść ci coś? Ok. Pa.
Ani słowa o szkoleniu. Godzina prawie 13, żadna nie pokazała się w pracy ale za to poszły na lunch.
Później załatwiałam sprawy SSN dla Joshuy. Nie ma opcji, nie dostanie go zanim nie załatwi pozwolenia na pracę. Ok. a co z ubezpieczeniem? Nic, zignoruj wyskakujące okienko, wróć do poprzedniego i kliknij jeszcze raz, zeby zaakceptował formularz. No jasne, to przecież oczywiste. Zignoruj...
Ale nie ma tego złego. Bartek poradził mi, by dodatkowo do najtańszego ubezpieczenia opłacić jakiś tam fundusz, z którego będzie szło na leki i całą resztę. (I wliczało się do wydatków na lekarza, do sumy, którą musze wydac sama). Wtedy uniwerek doda mi po 600$ na nas dwoje na to konto i w sumie całkiem nieźle to wychodzi.
Śnieg. Spadło nie bardzo dużo, ale wystarczająco, by było ładnie. Teraz już spada tylko temperatura.
Chodnik prowadzący na przystanek autobusowy wyglądał dzis tak:
Ale drogi były odśnieżone. Za to na terenie uniwerku chodniki były czyste - polane solanką.
Dotarła nasza półka - naklęliśmy się przy skręcaniu - ale już jest. Pierwszy mebel do livingroomu. A po południu chłopcy zamontowali nam czujnik CO. Przemek tylko zastanawia się kiedy weszli: czy kiedy był z psem na spacerze, czy kiedy był w Walmarcie.
My do tej pory nie wiemy jak Korlat (za)reaguje jak obcy spróbują wejść/wchodzą do mieszkania. Uprzedzałam Tylera, zeby tego lepiej nie robili... ale chyba zapomnieli. Myślę nad tabliczką w rodzaju "uwaga, luzem biegający piesek, wchodzisz na własne ryzyko" opatrzoną zdjęciem jakiegoś bydlęcia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz