piątek, 9 stycznia 2015

Joshua: pierwszy urzędowy druczek i kilka zaległych fotek

Na początek dziś kilka ciekawostek, bo akurat siedzę w domu i się nudzę; na zewnątrz zimno jak diabli, nawet Korlat zaczęła prawdopodobnie odczuwać - mimo zadowolenia na spacerach - skutki temperatury i marzną jej łapy, więc spacery mamy krótsze. Zrobiłem małe zakupy i siedzę jak pan na włoś... flapartamencie, czytam sobie Komudę.


To obrazek z naszej nowej wagi. Kpiarzy uprzedzam iż bynajmniej nie nabrałem ciałka w hamerykanckim stylu, ale po prostu uznałem, że skoro tu siedzimy, to ważyć się będziemy jak lokalesi - w funtach. Póki co eksperymentujemy z ustawieniem wagi, bo pokazuje dziwne rzeczy, od 183 do 192 funtów, zależy jak postawić. Fotkę powyżej uczyniłem niezwłocznie po wypakowaniu i założeniu baterii, wieczorem kilka dni temu. Ale zabawnie się patrzy na te cyferki.


Tu z dziedziny "mój pierwszy raz": puszka z pomidorówką Campbella, opisaną przez Ewę uprzednio. A tak w ogóle, to przyuczyłem się do wstawiania zdjęć, jak się w końcu zdecydowałem przelogować i napisać (chyba) ze swojego konta. Jak wyszło - dopiero się okaże.


To z kolei z przedwczoraj, ze spaceru psiego: ścieżka po drugiej stronie jeziorek zwanych Celery Bog, czyli tak jakby Selerowe Torfowisko; wyobraźnia osadników nie powala. Chodników tu jak na lekarstwo, jak już pisaliśmy oboje, przejść dla pieszych jeszcze mniej. Ale jak już jest ścieżka spacerowa przy obszarze "naturalnym", to zimową porą odśnieżona, na wypadek gdyby kogoś naszło w tych warunkach na jogging. Albo spacer z psem.


To jeszcze jedno, z zakupów do bigosu, na który Ewa zaprosiła kolegów z labu: tylko im "ł" zabrakło na klawiaturze, bo tak poza tym nieźle wyszło. Wprawdzie do mojego, polskiego bigosu poszła w końcu kiełbasa tutejsza wędzona, zamiast tej z poprawną politycznie metką, ale uznałem że lepiej się ma szansę sprawdzić. Gorzej że co zakupy, to spędzam pół godziny między półkami, obijając się niczym Marek po piekle - praktycznie NIC nie jest tu jak w domu, inne marki towarów, metki, cena przy tym to pikuś; ale wybrać coś i jeszcze zrobić to w miarę z sensem, a nie przypadkowo - to wymaga czasu. Bo można np. trafić na kukurydzę obgotowaną, gdzie każde nasionko jest pozbawione łupki; smak ma to-to dość paskudny, a wg. opisu tłumaczonego przez słownik - to mamałyga...

Dziś jeszcze, po wczorajszych pracach nad zdjęciami i instrukcją wypełnienia wniosku o pozwolenie na pracę, miałem zasuwać na pocztę; ale nie zdążyłem nawet sprawdzić gdzie jest, bo wyjście się przesunęło na jutro. Tymczasem jednak stwierdzam, że: primo grafika komputerowego ze mnie raczej nie będzie, secundo tutejsze druki urzędowe (na razie zaliczyłem jeden, zobaczymy jak mi pójdzie dalej) są dla weterana bojów z polską administracją fiskalną tudzież samorządową - banalne. Cały druk to kilka kserówek, zdjęcia, i jedna strona w zasadzie zawierająca tylko dane do przepisania z poczynionych poprzednio kopii dokumentów. No, i list: musiałem się na piśmie zobowiązać, że moje zarobki nie będą służyły do finansowania małżonki na kontrakcie na uniwerku. No ba! Chciałbym tyle zarabiać, żeby mieć takie możliwości. No, teraz poczta i od poniedziałḱu liczę trzy miesiące na przysłanie na moje łapki EAD. Skapcanieję ze szczętem do tej pory... Chyba zacznę żonie nosić lancze na uniwerek, żeby mieć jakieś zajęcie w ciagu dnia.

1 komentarz:

  1. A może będziemy się razem na lunche umawiać na mieście? W sumie to dobry pomysł. Poniedziałek: Nine Irish Brothers :)

    OdpowiedzUsuń