Wczoraj planowaliśmy, że dziś pójdziemy oglądać samochody.
Niestety w nocy nasze psiko dostało biegunki. Poszliśmy spać po 3 rano, po kolejnym spacerze. Następny byl o 7, na później zaplanowaliśmy wizytę u weta. Ale rano wszystko wydawało się wracać do normy. O 11 kolejny spacer i ewidentna poprawa. Odpuściliśmy weta, ale wycieczkę do komisu samochodowego również. Tak na wszelki wypadek.
o 15:20 kolejny spacer. Krew. Zaraz później następny i to samo. Poważnie zmartwiona zaczęłam szukać czynnego gabinetu. Nie ma. Wszystko zamknęli o 14. Coś będzie czynne jutro wieczorem. A to za późno.
Jedyne otwarte mniejsce to klinika uniwersytecka. W pierniki daleko, a pies marudzi próbując się załatwić i kapie krwią. Poprosiłam Bartka o podwózkę. Rozłożyliśmy koc w samochodzie, żeby Korlat nie nabrudziła i pojechaliśmy.
Trafiliśmy do dużej, przyjemnej poczekalni. Joshua siedział z piesem, a ja poszłam załatwiać formalności. Załaatwiłam co trzeba, wylegitymowałam się uniwersyteckim ID... (a nawet obydwoma: weterynaryjnym i ogólnym).
Miła studentka zrobiła badanie wstępne i zebrała wywiad, później przyszła pani doktor.
Wszystko spokojnie, bez pośpiechu, ale i stan pacjentki nie wymagał natychmiastowej poważnej interwencji.
Jak zwykle psisko strasznie się zdenerwowało, spięło wszystkie mięśnie i maksymalnie utrudniło badanie. Pani dr aż zastanawiała się, czy biegunka nie jest wynikiem stresu. No cóż, ja wiem, że nie. Poza gabinetem Korlat ma wyrąbane na wszystko. Kto ją zna, wie, że to siła spokoju. Z resztą zaraz po wyjściu z gabinetu dobitnie to zademonstrowała.
Diagnoza objęła trzy możliwe wersje. Objawy są zbyt nietypowe, by jednoznacznie powiedzieć w czym rzecz. Wstępne leczenie to metronidazol, delikatna dieta no i oczywiście obserwacja.
Metronidazol dostaliśmy tak po amerykańsku: Z napisanym imieniem pacjentki, z dawkowaniem i odliczony co do tabletki.
Mam nadzieję, że szybko rozparawi sie z tym, co męczy nasze psisko.
Rachunek... No cóż. Mogło być gorzej. W Polsce całodobowa opieka jest 4 - 6x droższa, niż standardowa. Tu liczy się "tylko" razy dwa.
Przy okazji dowiedziałam się, że wszystkie uniwerki są takie same: Moje dane jeszcze nie były w 100% dostępne, więc płacić będę dopiero po ich ściągnięciu i odliczeniu należnego mi rabatu.
Moje uniwersyteckie ID wystarczyło natomiast, by kartoteka wypełniła się danymi, w tym adresem zamieszkania na Park Lane - czyli adresem szefa, który musiałam podać na początku, zaraz po przylocie do USA. Po przeprowadzce wypełniłam stosowne papiery, ale... jakoś jeszcze ich nie wprowadzili.
W zeszłym roku na UJ dostawałam maile kierowane do studentów, doktorantów i pracowników. Jak widac dopisywano mnie do nowych grup, ale starych subskrypcji nikt z systemu nie usuwał przez lata. Widocznie tak już musi być.
Po diagnozie i załatwieniu formalności poszliśmy na kolejny spacer. Niestety objawy się utrzyumywały.
Zrobiliśmy za to fotkę budynku do którego wkrótcce się przeprowadzę: remont "naszych" pomieszczeń już się kończy. I fotkę przed samym budynkiem. Korlacie spodobała się najważniejsza część "pomnika", czyli przedstawiciel jej własnego gatunku.
Po załatwieniu wszystkich potrzeb Bartek zawiózł nas do domu.
Szczęście w nieszczęściu: dziś był ostatni dzień w West Lafayette. Jutro wyjeżdża na tydzień, a Jennie jest w Chicago. Musielibyśmy męczyć biedulę w autobusie.
Korlat nie czuje się dobrze. Widać po niej, ze jest chora. Nieczęsto się to zdarza. Zwykle maskuje swoje złe samopoczucie. Zjadła 1/3 swojej dziennej porcji i dostała leki. Śpi tak, że nawet rozmowa o spacerze jej nie ruszyła.
Oczywiście nasze ubezpieczenie, choć już zapłacone, startuje dopiero za dwa tygodnie. To oznacza, że dzisiejsza wizyta i $100 poszło bezzwrotnie z naszej kieszeni. Mam to gdzieś. Dałabym drugie tyle, gdyby już teraz mogła poczuć się lepiej.





Trzymam kciuki za Korlat. Nasza Oxana odchorowala przeprowadzke 6-miesiecznymi problemamy w tym samym stylu. Tak zaczely sie bez wyraznego powodu, jak i zakonczyly bez zadnych specjalnych dzialan. Vet ostatecznie rozlozyl rece i powiedzial, ze to najprawdopodobniej kwestia zmiany otoczenia (i bycia wyeksponowanym na zupelnie inne bakterie etc)... Powodzenia!
OdpowiedzUsuńDzięki. Tego się własnie obawiam, że to coś z czym się jeszcze nie zetknęła tak ją załatwiło. Najważniejsze, że już jest prawie zupełnie dobrze.
OdpowiedzUsuń