Pojechałam dziś do pracy. Grzecznie na 9. Autobus spóźnił się dobrych 15 minut, (Nie wiem jak to możliwe, dzięki aplikacji na telefon widziałam, że stoi na pętli choć już dawno powinien minąć mój przystanek.
Dojechałam na miejsce spóźniona, ale nikt tego nie zauważył. Parking był pusty. To była pierwsza wskazówka. Żeby wejść do budynku musiałam użyć karty. Czyli mamy dzień wolny! Nikt mi nie powiedział!
No ale przecież przyjechałam. Bez sensu wracać do domu, może chwilę popracuję.
Jaaaasne... Akurat. Dostałam maila, że mam wybrać ubezpieczenie zdrowotne. No nareszcie!
No ale przecież przyjechałam. Bez sensu wracać do domu, może chwilę popracuję.
Jaaaasne... Akurat. Dostałam maila, że mam wybrać ubezpieczenie zdrowotne. No nareszcie!
Załączony był link i instrukcja jak wybrać ubezpieczenie. Gdybyż jeszcze dali instrukcję jak czytać to co tam napisali...
Bez pomocy Jennie, która dotarła o 10 bo też nie wiedziała, że mamy wolne, siedziałabym nad tym do tej pory. A tak... zaraz wszystko opiszę.
Zazwyczaj kiedy człowiek się ubezpiecza to musi cos zapłacić. Znalezienie informacji ILE za który wariant udało nam się dopiero po 45 minutach. Wczesniej Jennie wyjaśniła mi opisy tabelek. Dowiedziałam się ile będę musiała wyłożyć gotówki zanim ubezpieczyciel choć spojrzy na moje rachunki. I tak w najtańszym wariancie dopiero kiedy któreś z nas wyda 2500$, dostanie dopłaty na dalsze leczenie. To drugie będzie płacić aż samo dojdzie do 2500$. Dopłaty zazwyczaj wynoszą 75%, niekiedy 45%.
Droższy wariant pozwala na zaangażowanie ubezpieczyciela po wydaniu "zaledwie" 1750$ na osobę.
Najdroższy... jest za drogi, zeby go rozpatrywać.
Dalej były tabelki do jakiego badania/leczenia ile % ubezpieczyciel dopłaci. - Ok, wszystko jasne.
Podejrzliwie spojrzałam na informację, że drogie badania jak MRI muszę zgłosić ubezpieczycielowi przed wykonaniem, a on uzna, czy zapłaci za nie lub czy ewentualnie ich koszt doliczy do tego, który muszę ponieść zanim zacznie mi dopłacać. Jennie wyjaśniła, że nie spotkała się z odmową o ile badanie faktycznie miało uzasadnienie.
Informacja, ze do specjalisty mogę iść kiedy uznam, że potrzebuję jego pomocy. Super. Jedna wizyta mniej, jedna opłata mniej. A jeśli człowiek wykłada z własnej kieszeni na tego specjalistę, to nie lata po lekarzach dla sportu. Jaka jest cena wizyty u specjalisty - nie wiem. W przypadku grypy wizyta w klinice uczelnianej kosztuje 45$. (Tylko nie wiem czy to już z dopłatą czy bez - nigdzie takiej informacji nie było).
Rehabilitację - jakby co - musze robić na własny koszt.
Leki - płacę prawie zawsze pełną stawkę (uczelnia ma jakąś dodatkową opcję przez wybrane apteki, ale jeszcze nie wiem o co chodzi. Natomiast Jennie powiedziała, że o ile nie mam wymogu na nowe, oryginalne leki i mogę używać generyków, to nie będzie źle.
Czy mogę? - Jasne że tak.
Tabelki opłat, dopłat i kasy którą trzeba wydać samemu mają jeszcze jeden podział: Wyróżniają dwie grupy lekarzy: Jedna odpowiada takim z umowami w NFZ, druga nie. (To chyba topowy temat w Polsce ostatnio, a i porównanie wygodne.) No i u tych drugich wszystkie koszty trzeba podwoić. (Czyli np ubezpieczyciel zaczyna dopłacać po wydaniu 5000$ na osobę, a nie 2500$ na osobę.)
Jak już wszystko ogarnęłam, przekalkulowałam i wyszło mi, że bierzemy najtańsze ubezpieczenie, którego wartość pokrywa głównie uczelnia, a my dopłącimy jedynie 204$, postanowiłam wszystko powypełniać jak należy. Zalogowałam się do systemu i znalazłam kilka nowych informacji. Na parzykład taką, że wciąż nie zmienili mi w systemie adresu zamieszkania. W papierach wciąż figuruje adres mojego szefa na Park Lane. Oczywiście sama go zmienić nie mogę... Kolejnym zaskoczeniem było, że do systemu sama muszę wprowadzić Przemka. (Zdziwiłam się, bo przecież byłam z nim w ISS). No ale dobrze, dopiszę.
Udało mi się podać jego dane i informację, że nie pali papierosów.
(Super sprawa: Palisz - płacisz 500$ więcej za ubezpieczenie. W końcu trujesz się na własne życzenie.)
Dalej system zarządał przypisania mu planu ubezpieczenia. Niestety zaraz po tym się zaciął. Nie byłam w stanie dokonać wyboru żadnej opcji. Podeszłam więc do tematu od drugiej strony: Postanowiłam najpierw zacząć wypełniać plan tak, jak robiłabym to dla siebie a dopiero później dopisac Przemka. I tu kolejna zagwozdka: Nie mogę dodać Przemka, gdyz nie ma on SSN.
Trochę mnie to zmartwiło, ale postanowiłam sprawdzić jak z SSN dla niego. I... Nie. Przemek nie może mieć SSN, bo nie ma pozwolenia na pracę. (Na to pozwolenie ma czekać do 3 m-cy).
Niby jest opcja SSN dla niepracującego, ale wniosek musi to być poparty jakimś przywilejem wynikającym z regulacji federalnych lub stanowych, który Przemek straciłby nie mając SSN.
Więc ostatecznie SSN jest niemal na wyciągnięce ręki... Ale tylko niemal, bo regulacja dotycząca ubezpieczenia jest uniwersytecka a nie stanowa.
Jednocześnie system uniwerstecki... wymaga bym objęła go ubezpieczeniem. Więc to nie tylko w Polsce tak działa!
W poniedziałek czeka mnie kolejna wizyta u Liz Brooks. Może z jej pomocą uda się go ubezpieczyć "na krechę" bez SSN.
Zrobiliśmy dziś kilka fajnych fotek z małego aparatu. Wkleiłabym je, ale nie mamy jak zgrać ich z karty. Ot, aparat Sony, nietypowe karty, nietypowy czytnik, nietypowy kabel. A nasz osprzęt jest w paczce, która jedzie sobie do Gdańska, skąd za jakiś czas do nas wypłynie...
Za to wrzucam dodatkowe zdjęcie z wczoraj z pola golfowego.

Kręgi w zbożu. :D
OdpowiedzUsuń