... na Węgrzech. Różnica taka, że na wakacjach jest ciepło, a Węgrów nie rozumiem ni w ząb. Tu się autochtoni krzywią jak do nich mówię, ale w większości moją kulawą mowę rozumieją; a Ewa ciągle mówiła że dobrze sobie radzę. Akurat.
Jak tu jest? Inaczej. Płytki chodnikowe mają wielkość kwadratu o boku ponad 1,5 metra. Sześciopak Guinessa kosztuje tyle, co pieć laseczek cynamonu w słoiczku na przyprawy. Nie potrafię rozpoznać 90% samochodów na ulicy, i dziś byłem w kompletnym szoku wypisując czek za nasz czynsz - wystarczy podać nazwę beneficjenta, ale nawet nie firmy, tylko użytkową, i kwotę; i tyle. Przy okazji dowiedziałem się, że internetowa płatność (nie przelew, tylko czek internetowy - nowość tutejsza...) realizuje się co najmniej 3-4 dni, więc jak chcemy tak płacić, to trzeba z wyprzedzeniem. Za to mam za sobą to zadziwiające wydarzenie gospodarcze; poprzedni czek w swoim życiu wypisywałem blisko 19 lat temu, żeby podjąć pierwszą wypłatę przesłaną na konto. Następny będzie do urzędu imigracyjnego, opłata za wydanie pozwolenia na pracę. Może się nadam do pakowania siatek w markecie, jak mi pozwolą.
Pierwszy z górą już tydzień zleciał w serii noclegów, spacerów z psem i zakupów; najpierw wyrzucałem z domu w Krakowie pudła śmieci z klamotami i drobiazgami z szaf, teraz gonię tu po sklepach i kupuję siaty drobiazgów. Żeby tylko tyle - ale spróbujcie coś znaleźć w tutejszych sklepach! W wyposażeniu kuchni - nie ma szans na gąbki i tego typu utensylia, w łazienkowych nie znajdziecie korka do wanny, wśród sprzętu do sprzątania - nie ma mopa i zmiotki. Są za to kolejno: obok detergentów których alejka jest między jedną częścią ze spożywką a inną, wśród narzędzi hydraulicznych i kolanek, i ostatni znów w detergentach... Łatwiej znaleźć (tanią) whiskey i udać się na przemyślenie kontrukcji wszechświata.
W tutejszej jedna rzecz jest nie do przeskoczenia - chodniki, czyli jak już Ewa pisała, ich chroniczny niedostatek. Do lepszego sklepu, a przy okazji lepiej zaopatrzonego w spożywkę, mapa pokazuje na piechotę 1,1 mili; tyle że na przejściu przez "główną" drogę stanową - nie ma przejścia dla pieszych! Nawet jeśli na większej części drogi da się przejść po chodnikach, to po "hajłeju" - żabką. Fantastycznie, prawda? Przypadek sprawił że mieszkanie mamy blisko Walmartu i jest to zaprawdę szczęśliwy traf, bo nie wyobrażam sobie biegania po 2x dziennie po jakieś drobiazgi ponad milę (albo więcej, tu się nikt nie liczy z odległościami) w jedną stronę. Niby można robić listę i kupować raz na jakiś czas, ale jak już człowiek znajdzie korek do wanny to staje osłupiały przed wyborem: 1 i 3/8 czy 1 i 5/8"? No i wracam zmierzyć (ten drugi, już wiem, ale to nie oznacza normy). Jeszcze zabawniej z żarówkami, nie mają W OGÓLE oznaczenia gwintu... Nadal nie mamy więc żarówek na zmianę do jadalni.
Za to poza tym, że jest tu płasko jak na patelni, to samo otoczenie jakoś nie zrobiło na mnie złego wrażenia. Schludnie, generalnie dość czysto - w każdym razie znacznie czyściej niż w starym kraju - trawa wszędzie strzyżona; nawet przy kawałku dzikiego lasku, gdzie spacerujemy z Korlat (na smyczy, bez jest "za pokutu" 300$) pojedyncze rosnące młode drzewka mają wokół ścięte chwasty, żeby ich nie zadusiły. Pewnie idzie na to kupa kasy, której w budżecie polskich miast nie ma; ale czyste tablice informacyjne dla spacerowiczów to już nie jest sprawa zarządzania miastem czy państwem, ale po prostu zachowania samych ludzi.
A co do ludzi to mam póki co wrażenie, że im się nie spieszy, robią wszystko co mają do zrobienia bez nerwów. Owszem, pracownicy sklepów i punktów usługowych uśmiechają się aż do przesady, ale na spacerze z psem czy po prostu wieczorem między domami każdy się przywita; może to odmiana od siedzenia w samochodach... Chociaż kierowniczka (kierowca rodzaju żeńskiego..?) autobusu też nie próbowała poganiać jakiegoś cymbała, który zaparkował furę przed wejściem do kompleksu mieszkalnego, na wymalowanych zakazach i pomiędzy dwoma znakami powtarzającymi że tu nie wolno; poza tym parkują tu na przejściach dla pieszych, zakazach, drogach pożarowych mimo wymalowania ich znakami we wszystkie strony. Samochód rządzi.
A propos autobusów: można się zdziwić, jakie mają trasy. Okrążają wewnętrzne drogi i podjazdy kompleksów mieszkalnych, robią pętle żeby do nich dojechać, zmieniają trasy, zatrzymują się bądź gdzie - wystarczy pociągnąć druta. Temu ostatniemu zrobiłem fotę:
Przy tym wszystkim zaskakuje kiedy ludzie zatrzymują autobus 15m od normalnego przystanku, żeby wysiąść. To już dziękowanie za jazdę kierowcy chyba mnie tak nie szokowało.
W zasadzie codziennie można by coś znaleźć, co budzi zaskoczenie albo niedowierzanie; a to sprawdzanie prawa jazdy (czyli wieku) na oko 70-cio letniej siwiutkiej starszej pani przy zakupie kilku butelek wina; innym razem obsługa haczyków do garderoby, które ręką wkręca się w drewniane (?) ściany. Co mi przypomina, że jeszcze trzeba zawiesić lustro, ale tego się boję (a jak ściana nie utrzyma?). Albo drzwi balkonowe i okna, przesuwane "na zakładkę", które przy tutejszych zimach mają tylko uszczelnienie w postaci wąziutkiej "szczoteczki"; za to w markecie można kupić folię do zaklejania całych okien w ramach zimowego uszczelnienia. Póki co położyłem uszczelkę samoprzylepną na wszystkich liniach, ale nie czuję się przekonany. Jak spadnie temperatura, to będę dalej sprawdzał, już wiem co i gdzie kupić. 30 stóp, 3/8 na 3/16"...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz