czwartek, 15 stycznia 2015

Jak to zazwyczaj na zaśnieżonym polu kukurydzy bywa

W pierwszym słowie donoszę, że mamy się dobrze. Ewa pracuje, ja się nudzę; ale dzięki temu możecie sobie poczytać co u nas się dzieje, bo domowy naukowiec został - prawie - naukowcem na pełny budzik, wczoraj zmuszając mnie do przygotowania na szybko obiadu przez planowanym powrotem, a następnie pracując do późnej nocy.


Z cyklu zrób to po amerykańsku: znak drogowy "NAPRAWDĘ stop". Oprócz samej tabliczki, jeszcze opis dodatkowy mniej więcej o treści "ruch poprzeczny nie zatrzymuje się". W czym rzecz? Otóż zgodnie z informacjami, jakich zasięgnęliśmy jeszcze przed przyjazdem, typowe tutejsze skrzyżowanie ma ze wszystkich stron znaki "stop". Są one najpowszechniejszą tabliczką na drogach, występującą częściej niż grzybiarki na trasie na Ukrainę. Miejscami jednakowoż na odcinkach zupełnie nie przewidzianych do zatrzymania dla wszechwładnych pojazdów motorowych (tutaj: droga rowerowa), lub np. wyjazdach z kompletnie nieistotnych dróg bocznych - bywa właśnie tak, że na tej głównej ruchu się nie zatrzymuje (rozsądne, byłoby to zbędnym utrudnieniem), za to dodatkowo przestrzega tych nie mających pierwszeństwa. Ot, lokalny obyczaj.
Na pierwszym planie nasz pies na spacerze, ale tak, wiem - nie fotografuje się czarnego psa na tle asfaltu. Tylko co zrobić, jak ten pies zatrzymuje się tylko na sekundę, że telefon nie zdąży złapać ostrości..? Póki co ciągle nie ma szans na puszczanie jej ze smyczy, zbyt wiele jest wokół zapachów i rzeczy znacznie dla psa ciekawszych, niż słuchanie pana.



A tu nasze obecne otoczenie, z drugiej strony "selerowego trzęsawiska" widok na osiedle. Ewa nazywa je akademikiem, bo mieszkają tu głównie studenci; a znanych u nas mrówkowców z pokojami studenckimi zdaje się w tym miasteczku nie znają. Ponoć z resztą nie jest to nawet miasteczko, bo teren zabudowany liczą tu od 50 tys luda, a West Lafayette liczy sobie bez studentów raptem 30. Na jeziorko zaś - co dziś odkryliśmy z psem na spacerze - prowadziła sobie trasa... na biegówki. Albo ktoś jest odważny, albo dobrze zaznajomiony z tutejszymi atrakcjami przyrody.



Dla porównania: tak wyglądał widok z naszego balkonu w dniu wigilii, czyli pierwszym moim tutaj. I w zasadzie identyczne zdjęcia na zielonej trawie, mimo chłodu nie spadał śnieg, mamy aż do pierwszych dni stycznia. Balkonowa fota powstała zaś dla uwiecznienia białego plastikowego koszmarka (prawie) w środku kadru: tym to bowiem pojazdem zostaliśmy z psem dowiezieni z lotniska na nowe miejsce zamieszkania.

W ostatnim słowie: droga Mamo, nie obawiaj się, nie zaczęliśmy jadać jak autochtoni, kurczaka w podwójnej panierce i ziemniaczanego puree pół na pół z masłem i śmietaną. Uniknąć konsumowania tutejszych produktów się nie da, tym niemniej nie ma obowiązku nabywania hamburgerów w rozmiarze super-extra-large. Może i nie mamy w domu jeszcze sofy i siedzimy przy kuchennym stole, ale za to jednym z pierwszych zakupów była waga. Ta, która w poprzednim poście pokazywała taki arcyciekawy wynik po umieszczeniu nań moich skarpetek (z zawartością powyżej stóp włącznie).

1 komentarz:

  1. Przemysl uzywanie slowa "asfalt" w swej nowej ojczyznie. Nieby nic nie bylo, ale zaasze bezpieczniej napisac masa bitumiczna ukradla mi rower niz miec potem ekstra sprawe w sadzie...

    OdpowiedzUsuń