Dzisiejszy odcinek dedykuję mojemu Tacie, który wśród innych wspomnień z dzieciństwa zostawił mi mocno utkwione w pamięci słowa jak w temacie. No cóż, tutaj wszyscy trzaskają drzwiami, są one bowiem konstrukcyjnie do tego przystosowane. Wprawdzie nasze klamki też mają bolec ścięty pod kątem (dzięki czemu już jako nieco odstający od podłogi berbeć mogłem drażnić rodzica), ale tutejsze mają również ślizgacz na framudze, w postaci przedłużonej i odpowiednio wygiętej oprawy. A co, skoro klamki są wszędzie prawie okrągłe, to po co się z nimi męczyć?
Co do poprzedniego wpisu Ewy, to spieszę uzupełnić iż policja blokowała drogi absolutnie nie bez sensu; chwilę po przejeździe autobusu, który Ją uwiózł na roboty na uniwerek, przez rondo przemknął wóz straży pożarnej. Poza tym syreny policyjne dały się słyszeć z kilku miejsc, jak później wywnioskowałem, na trasie przejazdu WLFD. Fajnie tak, kiedy policja nie zabawia się z kierowcami w kotka i myszkę (Miki) chowając się po krzakach z radarem, tylko faktycznie dba o bezpieczeństwo obywateli. Nie żeby kierowców nie ścigali, tak fajnie to nie ma; przypomnę że najwyższy tutejszy mandat to nieco tylko mniej niż minimalna pensja, a za wykroczenia drogowe można stracić prawko i na 10 lat. Ale ponoć nie znają tu pojęcia "rutynowej kontroli"; póki jedziesz bezpiecznie i nie wywiniesz na drodze żadnego numeru, póty nikt cię tu tykać nie będzie.
A to jakoś mi się nawinęło jeszcze z telefonu, zdjęcie z samolotu. Na tym etapie NAPRAWDĘ już zaczynałem się nudzić, a nie chciałem spać ze względu na naszego czworołapego demona, żeby nie przegapić ewentualnych jej problemów albo nieprzyjemnych dla współpasażerów potrzeb. Inna sprawa, że nie było potrzeby, bo cholera jedna przespała całą drogę mają wszystko gdzieś, włącznie ze startem (no, patrzyła dookoła co się dzieje, ale to tyle), turbulencjami i lądowaniem.
A to jeszcze jedna ciekawostka, zdjęcie kiepskie ale inaczej się nie dało: otóż z powodu braku dostępności zdjęć z naszej "idiotenkamery" Ewa pożyczyła od kolegi z labu aparat. Niewielką trudność w obsłudze sprawił nam fakt, że Shohei zapomniał, gdzie się zmienia język menu... W międzyczasie przyszedł kupiony na ebayu czytnik, który obsługuje własny patent Sony w postaci karty M2, więc już będziemy się bawić swoją małpiatką, ale ku radości znajomych i rodziny postanowiłem się podzielić tym doświadczeniem.
Za chwilę wracam do szukania samochodu, chociaż powoli mnie to męczy - na razie nic nowego nie widać, co najmniej jedno fajne auto nam uciekło, ale i tak było daleko - nie mamy jak jeździć na oglądanie; a ostatni jakiś "redneck" na uprzejme pytanie czy gdyby wracał do domu (ma nas 2,5 przed swoją chałupą, po drodze z miasta) nie mógłby się zatrzymać na chwilę żebyśmy oglądnęli samochód, odwarknął Ewie, że są taksówki. To niech sobie dalej szuka klienta... My polujemy aktualnie na takie sobie jedno Volvo, ale całkiem fajne i ładne. Tutejsze samochody są po pierwsze brzydkie (jak twierdzi Ewa), oraz kompletnie nijakie w większości (to moje zdanie, dotyczy praktycznie wszystkich osobówek), ale też kiepskiej jakości i generalnie awaryjne (to zdanie Bartka, na którym się mocno opieramy w naszych poszukiwaniach).
Za to mamy windowsa (oryginalnego, dla pracowników uczelni) na kompie i od 2 dni cieszymy się oglądając stare seriale na Amazonie. Szkoda, że okres próbny się kończy, ale pewnie kupimy sobie dostęp na rok. Bartek przy okazji sprzedał Ewie historyjkę, jak to jego syn pierwszy raz spotkał się z normalną telewizją; w ciężkim zdziwieniu zapytał jak to jest i po co, że ludzie nie mogą oglądać tego co chcą, kiedy chcą - tylko jak akurat tv wyświetla. Chyba żyjemy tu w nieco innej rzeczywistości i czas się zacząć przystosowywać - przekonać nas winien Firefly, Star Trek i Top Gear, w dowolnych zestawach wieczornych.
Żegnam ciepło na dziś, bo wiem że i Was nieco zasypało.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz