wtorek, 3 lutego 2015

Pogoda, karta Trauma Team, zwroty kasy i podatki

Pogodę mamy piękną. Cały weekend sypało. No, przez chwilę padał deszcz ze śniegiem, ale efekt i tak jest zadowalający. Joshua trochę narzekał na wiatr i mróz, ale ostatecznie przyznał mi rację: wiatr i deszcz byłby znacznie gorszy. 
Wczoraj wracając z pracy pstryknęłam kilka fotek - oto one.


 To ścieżka z Walmartu na nasze osiedle :)


 A to zamarznięte jeziorko przy owej ścieżce.



Powietrze jest czyściuteńkie, ja praktycznie nie kaszlę. Zdaję sobie z tego sprawę w takich chwilach jak dziś: Stałam na przystanku, zatrzymał się samochód. Kobieta w środku paliła. Nie widziałam, że pali, ale zaraz poczułam. Poważnie się zdziwiłam co się dzieje i czemu nagle mi się tak źle oddycha. A to był tylko jeden papieros i dość daleko. Odwykłam od zanieczyszczenia.  

System uniwerswytecki mnie rozwala. Oni w dalszym ciągu nie zmienili mojego adresu! Dziś Paul przyniósł mi dwie koperty, które przyszły na jego adres. W jednej były nasze karty Trauma Team. Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi, niewtajemniczonym wyjaśniam: dostaliśmy karty do naszego ubezpieczenia zdrowotnego. (Trauma Team to jednostka fikcyjna z jednego z systemów RPG: po przełamaniu karty TT zjawiała się... no powiedzmy karetka). Tych kart raczej się nie łamie, one po prostu są i zapewne służą do tego, zeby udowodnić fakt bycia ubezpieczonym. Dopiero muszę się dopytać co mam z tym zrobić. 

Dzisiaj rano poszłam do księgowości z rachunkiem za przelot poprosić o zwrot kasy. Wcześniej byłam się dopytać co i jak mam załatwić. Dziś zaniosłam rachunek. Miał być w USD, ale pani przyjęła w PLN i wydruk kursu wymiany z dnia zakupu. Powiedziała, że na pewno będzie musiała sama wydrukować własny raport, ale nie ma problemu, może być w takiej formie. 
Poprosiła tez o dodatkowy dokument potwierdzający, że ja sama zapłaciłam za przelot. No cóż, mamy przecież potwierdzenia przelewów. Znów po polsku... Wydrukowałam, napaisałam "tłumaczenie" zaznaczając markerem ważne pozycje. Powinno przejść.
Najzabawniejsze, że tuż przed wejściem rozmnawiałam z mamą i oddzwoniłam zaraz po wyjściu. Reakcja: "I co, nie udało się załatwić?" w pierwszej chwili naparawdę mnie zaskoczyła. Wyjaśnienie nie. Wszystko odbyło się jakoś... za szybko. I pomyśleć, ze sama się dziwiłam Anecie, kiedy mówiła, że tu wszystko da się wyjasnić, a urzędnicy i pracownicy administracji wierzą ludziom, którzy do nich przychodzą. 
Zobaczymy jak mili będą Szwedzi: Napisałam im, że chciałabym zrezygnowac ze swojego biletu lotniczego do Polski. Że zmieniły się warunki w pracy i nie będę w stanie polecieć w tym czasie na kiedy mam bilet. Podobno komuś udało się w ten sposób odzyskać kasę za przelot. Zobaczymy jak będzie ze mną. 
Bilet jest na 30 kwietnia. Jeszcze w grudniu wydawało się - za namową Bartka, ze to niezły pomysł. Ale później pomyśleliśmy, że przelot do Polski oznacza konieczność powrotu tutaj i żeby było taniej znów będzie trzeba kupić bilet w dwie strony. A to zwyczajnie nie ma sensu. W USA są tylko dwa tygodnie urlopu rocznie. Chyba ciekawiej będzie zwiedzić cos tutaj na miejscu, zaprosić gości, niż spędzić czas na lotach i w Polsce. Kasa też się przyda - na przelot choćby na Alaskę :)

Na koniec dnia pracy walczyłam z podatkami. Tutejksze reguły i druki są stosunkowo proste, ale jednak obce, więc nie do końca zrozumiałe. Muszę się jeszcze dopytać o jakieś drobiazgi, o warianty rozliczania z Przemkiem lub samej, żeby nie wpakować się w dopłaty na koniec roku. 

Przyszło mi do głowy, żeby opisać jeszcze jedno spostrzeżenie - bo chyba o tym nie pisałam. Zaraz po przyjeździe zauważyłam, że coś jest nie tak z tutejszą wodą. Nie da się spłukać mydła. Po prostu nie ważne jak długo próbuję, na skórze pozostaje cieniuteńka warstewka. Oczywiście to strasznie irytuje, ale po jakimś czasie człowiek przestaje to zauważać, wyciera ręce w ręcznik i jest ok. Problem jest za to z myciem włosów. Moje jeszcze urosły... I przez jakiś czas nie byłam w stanie ich porządnie umyć. Resztki szamponu osadzały się na nich zlepiając je i sprawiając wrażenie, jakby włosy były brudne. Próbowałam zmienić szampon, odżywkę... Ostatecznie jedynym rozwiązaniem jest płukanie w filtrowanej wodzie, którą niestety wczesniej trzeba podgrzać w mikrofalówce. Trochę to męczące, ale coś za coś. 
Wszystko to bierze się stąd, że woda w Indianie pochodzi z jakichś żródeł głebinowych i jest piekielnie twarda. Aż się zastanawiałam, czy nie zamówić sobie trochę EDTA przez uczelnię. (Związek kompleksujący,  zmiękczający wodę przez wiązanie jonów metali), ale chyba byłaby to lekka przesada. :)


A na zakończenie dzisiejszej pisaniny: Polak potrafi, Ruskij też :)


Oto patent Valeriego. Otóż nasz labowy termostat jest ustawiony odgórnie i nie da się go przestawić. Wszystko ok, ale pomiar temperatury (tak jak w naszym mieszkaniu) dokonywany jest w wewnętrznej części labu. Tymczasem przy oknie, gdzie Valeri ma biurko jest piekielnie zimno. Skoro termostatu nie da się przestawić, trzeba go oszukać. W pojemniczku znajduje się woda z lodem. 
Wszyscy się dziwili, że rozwiązanie kolegi w ogóle nie zrobiło to na mnie wrażenia. No cóż, nasz sposób myślenia jest jednak bardziej zbliżony, niż sposób myślenia Amerykanów. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz