poniedziałek, 23 lutego 2015

Zima jak diabli, eksperymenty Shohei'a, upgrade mieszkania, bardzo chory pies.

Zacznę niejszego: Z Korlat jest gorzej. Bylimy u weta w sobotę, ale nie dostaliśmy nic poza loperamidem. Upierają się na badania: USG, endoskopia, histopatologia i nie wiadomo co jeszcze. Jutro wracamy do kliniki uniwertsyteckiej.
Jeśli mam  być szczera, to wydaje mi się, że weci szukają na ślepo nie wiadomo czego ignorując najprostsze rozwiązanie: Infekcję oporną na metronidazol. Mamy trzy wstępne diagnozy od zapalenia trzustki, przez chorobę wątroby po stan zapalny jelit. A po drodze było jeszcze podejrzenie alergii na kurczaka. 
Zanieśliśmy próbkę i poprosiłam o badanie pod kątem bakterii. Jak na złość to dość długo trwa... A technika, którą opracowują Euwion, Valeri, Jennie i Bartek, może w przyszłości skrócić i uprościć takie badanie. Ale to w przyszłości. System komputerowy dopiero rozbudowuje bazę danych i się uczy. 

Zima. Mamy po minus kilkanaście stopni i śnieg. Nie zawsze, ale często towarzyszy temu silny wiatr, więc odczuwalna temperatura jest naprawdę niska. Nie grzejemy w kominku, ale po dymie z papierosów w który wlazłam tydzień temu moje płuca wciąż nie wróciły do formy. Pewnie jakiś wpływ na nie ma też zapominanie o inhalatorze, a to też mi się zdarzyło. 
Z rzeczy zabawnych - przetestowałam jak działa kontrola trakcji: oczywiście natychmiast skontrowałam odruchowo, ale chyba komputer poradził sobie i z poślizgiem i z moją kontrą. Ale wrażenie było dziwne. 

Dziś dla odmiany siedziałam w labie. Shohei pracuje nad zautomatyzowaną analizą moczu. Wszystko idzie nieźle, tylko brakuje mu próbek z kryształami szczawianu wapnia. No i dziś próbowaliśmy metodami czysto chemicznymi wyhodować wspomniane kryształy. Nie wiem czy coś z tego wyjdzie, ale przynajmniej udało się nam wyeliminować kilka błędów na samym wstępie. Inżynier i "mokry"  lab to nie najszczęśliwsze połączenie. W takich warunkach nawet były farmaceuta ma dużą przewagę i spore zastosowanie. 

Tymczasem Joshua szalał z wiertarką (którą w końcu przytachałam z labu). Tak więc przełożone zostały wieszaki na ręczniki i mamy powieszone lustro w sypialni.


Muszę stwierdzić, że na żywo wygląda to o wiele fajniej niż na fotce. A lampa z abażurem tworzy dość przytulne wrażenie. 

Przyszły ramki, które zamówiłam, więc na dniach będziemy wieszać obrazki. Dotarła tez paczka z Polski (ta wysłana samolotem przez rodziców). 
Nie spodziewałam się, że tak ucieszę się na widok smecty, która może choć trochę ulży Korlacie i wiśniowej herbatki, której zamiennika na razie nie znalazłam. 
O pierniczkach, butach i serdaku dla Jennie nie wspomnę ;) Naprawdę nie mogłam się doczekać. Zobaczymy jak się spodoba. 

Od kilku dni na obiad jadamy sushi. Szczególnie przypadł Joshule do gustu nowy ryż, którego nie trzeba płukać przez pół dnia. 


A jak już jesteśmy przy japońskich smakach: 


Dziś zobaczyłam w labie. No tak. Bardziej amerykańskiej wersji japońskich smaków chyba już nie dało się stworzyć. Wymiękam...


A tu jeszcze jedna ciekawostka: Pisałam o karcie kredytowej Khol'sa. Sama karta przyjdzie pocztą. Ale jako, ze nie można powstrzymać klienta, jeśli chciałby coś kupić, na miejscu dostałam wydruk - jakby "paragonu", którego mogę używać jako tymczasowej karty kredytowej.  To już przegięcie. Ale na razie nam się nie spieszy. 




Tymczasem jest po północy. Niektórzy wstają a my idziemy spać. Mam nadzieję, że noc na loperamidzie będzie spokojna. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz