piątek, 27 lutego 2015

Nasz smok ma się lepiej, projekty naukowe rządzą sie swoimi prawami,

Przede wszystkim będzie o Korlat: jest zdecydowanie lepiej. Jeszcze nie biega, ale zaczęła hovawarcić (dla niewtajemniczonych: stróżować). Drze japę na obcych aż miło. Udało jej się wystraszyć ludzi, którzy przyszli zmienić zamek w drzwiach. W sumie sytuacja przezabawna: Dostaliśmy informację, że będzie wymiana zamków. Załączona była prośba, żeby nie zostawiać w mieszkaniach zwierząt samych w mieszkaniach. No i git. Przemek z Korlat poszli na spacer. Kiedy wrócili w miejscu zamka była dziura a w okolicy nikogusieńko. Fachowiec zjawił się po 2 h, żeby wstawić nowy zamek. Ameryka... 

Nasze psisko ma zakaz jedzenia kurczaka, wołowiny i wieprzowiny - a więc wszystkiego na co mogła się do tej pory natknąć w swojej misce. To oznacza kombinowanie. 
Największym wzięciem cieszą się przysmaczki z suszonego mięcha bizona. Korlat dostaje kota jak tylko je wyczuje. Podchodzi do pudła na którym leży woreczek a na spacerze idzie bokiem wpatrując się w kieszeń. Dziś znowu zrobiłam zakupy w punkcie uniwersyteckim, ale dowiedziałam się, że za tydzień nietypowych mięs raczej nie będzie. Trzeba będzie pokombinować. Dziś na kolację był królik. Piesa nie wyklazała zainteresowania. Zostanie w misce, może doje w nocy. Czasem tak robi. 
Tu fota z wczoraj: Korlat zaczynała się przyglądać i interesować. Dziś łazi po domu, domaga się pieszczot (i suszonego bizona). 



Dziś odwiedziła nas Jennie. Korlat zaskoczyła nas wszystkich: Najpierw bardzo krótkim szczekaniem (może jeszcze się źle czuje?) później witaniem z piłeczką w zębach. I w tym miejscu wiedzieliśmy już, że krótkie szczekanie nie wynikało ze złego samopoczucia. Piłeczka jest zarezerwowana dla pańsytwa i bardzo bardzo lubianych gości. Jennie zaczęła od przekupstwa suszoną kaczuszką, ale na każdym kroku okazywała uczucia, dawała sobie lizać ręce i w ogóle zrobiła wszystko, by Korlat ja pokochała.  Poza tym nasze psisko zmieniło się tutaj. Jak to ujęłąaJennie "to Midwest, tu wszyscy są przyjaźni. 


Shohei wyhodował swoje kryształy, bardzo się ucieszył. Wykonał kilka doświadczeń. Niestety okazało się że to co chciał osiągnąć wychodzi zaledwie częściowo: W pewnych warunkach kryształki zachowują w najgorszy możliwy sposób, uniemożliwiając wykonanie analizy tak, jak miała być wykonana.  I jak się można domyślić owego zachowania nie da się w żaden sposób zmodyfikować.  
To trochę tak, jakby jego praca stanęła przed nim, uroczo się uśmiechnęła i zaprezentowała mu gest Kozakiewicza (lub jego wersję zrozumiałą dla Japończyka). Pół roku nauki, projektowania nowych rzeczy i na koniec zabawa w chemika, a jedyny wniosek w raporcie brzmi: "to nie zadziała". To dokładnie to, czego obawiam się w swoim projekcie: Że pojawi się nieprzewidywalny drobiazg, który spowoduje, że ciekawy pomysł nie będzie mieć zastosowań praktycznych. 

Moje chemikalia jeszcze nie przyszły, więc jutro będzie nudny dzień w pracy: Odrabiam wtorkowe wolne.






3 komentarze: