Trochę nam te dwa dni wolnego dały w kość.
Ja się chyba przeziębiłam, ale nic dziwnego: zaledwie 1F i silny wiatr to nie jest połączenie przy którym naprawdę łatwo zmarznąć.
Paczki, które dostaliśmy zawierały faktycznie masę rzeczy. Ale ja uparłam się, żeby je od razu rozpakować. Cieszyłam się z każdego ciucha, ale nic dziwnego: od przyjazdu mam dość ograniczoną garderobę. Dotarło kilka książek, bez których żyć nie umiem i trochę gratów.
O 20 przyszła Jennie: Korlat bardzo szybko przestała na nią szczekać: chyba dotychczasowe przekupstwo suszoną kaczuszką przyniosło efekty. :)
Wieczór filmowy skończył się o 1am. Jennie jeździ starym gratem i bała
się, że jej zamarznie pod naszym akademikiem i nie ruszy.
Po wieczorku filmowym rozważamy czy kupować telewizor (jest oferta na tanią używkę) czy jednak rzutnik. No ale takiego TV nie kupimy:
W niedzielę częściowo odpoczywaliśmy, częściowo przepracowałam: we wtorek jedziemy do Cincinnati i musiałam przygotować swoją część prezentacji. Hmmm... to będzie moje pierwsze wystąpienie w USA :)
Prawie godzine przebijałam sie przez nasze papiery: Czytałam o warunkach psiego ubezpieczenia zdrowotnego, zeby dokładnie przygotować papiery o zwrot kosztów i w ogóle zrobiłam przegląd naszych dokumentów. Strasznie dużo tego wszystkiego, trzeba się pozapisywać, rejestrować, aktywować... I o niczym nie zapomnieć. Mam nadzieję, że w tym tygodniu dobiję się w końcu do rejestracji do tutejszego lekarza. Trzeba załatwić pierwszą wizytę i założyć kartotekę.
Przy okazji zrobiłam fotkę napoju, który tu pijamy: ja rzadziej, bo kolor jest dla mnie nieakceptowalny. Czy oni naprawde muszą tak wszystko farbować?
Z jednej strony mają GMO, więc mniej nawozów i mniej chemii a z drugiej uzupełniają sobie w taki idiotyczny sposób.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz