Wczoraj poleźliśmy na golfa, pomimo tego że Ewa nie pozwoliła mi w magazynie ze "wszystkim używanym" czyli tam gdzie kupowaliśmy meble - kupić sobie torby z kijami. Niby nie umiem grać, ale patrząc po stanie trawników, to ci którzy za pieniądze chodzą po naszym polu spacerowym też mają problemy z trafieniem w piłeczkę.
Problem z nami, a może bardziej z naszym psem, mają też gęsi - drepczą i zostawiają po sobie "pamiątki", które na razie głównie zamarzają, ale jak się zrobi cieplej zaczną roztaczać swoją woń, jak śmiem przypuszczać. Za to jak tylko się zbliżamy, startują - jak widać.
A poza tym leżą mi jeszcze na dysku dwie foty, które miałem kiedyś pokazać i nie było lepszej okazji. Pierwsza to porównanie wielkości nowego i starego kompa Ewy, znaczy tego który teraz jest moim nowym. Wygląda to zabawnie.
Przy tej okazji zastanawialiśmy się, jak to jest że generalnie Apple nie ma tak wypasionych parametrów jak inne typy sprzętu, a ludziom nie brakuje w nich mocy. Moje zdanie po przemyśleniu zgadza się z opinią speców z uniwerku, z labu Ewy: po prostu firma ma tylko swoje oprogramowanie, bez dopuszczenia innych producentów, i po swojemu wykorzystują naprawdę całe dostępne w systemie zasoby. Z górą 20 lat temu mój stary komputer Atari też w stosunku do swojej mocy obliczeniowej dawał zdecydowanie lepsze efekty, niż współczesne szybkie czterordzeniowce, których np. 3 rdzenie przez większość oprogramowania nie są wykorzystane...
Zobaczymy co będzie dalej, bo póki co Ewa: a/ uczy się obsługi, wyklinając przy tym na czym świat stoi odmienności od dotychczas użytkowanych komputerów\, b/ jak siądzie na mojego lapka, bo np. nie ma programu do grafiki na razie na Mac'u, to próbuje odruchowo obsługiwać go jak swój. Bywa zabawnie.
I w sumie tyle, bo siedzimy w domu. Korlat po 3 serii leków, dokładnie 5 dni po odstawieniu, znów dostała biegunki. Do badania pojechało kupsko zebrane przed leczeniem, a nie po jak poprzednie, dostała też nowe leki i zalecenia żywieniowe; teraz będziemy szukać "bufflo" do psiej miski. Dotychczas jadała lepiej ode mnie jak byliśmy na diecie ograniczonej do sałatek z wąskiego wyboru roślinności, teraz wygląda na to, że będzie to stan permanentny. Na razie odmawia przyjmowania do wiadomości, że to "coś" w misce jest jadalne, bo dostała łatwo przyswajalny "pasztecik" antyalergiczny (alergia jest jednym z podejrzeń wetki). Przynajmniej na razie nie grożą jej inwazyjne badania ani kolejne mordercze dla wątroby dawki leków. Trzymajcie kciuki za psie zdrowie, albo - jak kto woli - można wypić za nie.
A, z poprzedniego wyjścia do sklepu ciekawostka żywieniowa - tutejszy precel. Z pepperoni... Nie mogłem się powtrzymać:
Podobnie jak bekon, pepperoni jest tu wszechobecne: można kupić niemal wszystko co jest do zjedzenia z nim, jak również same plasterki do dodania samodzielnie do wszystkiego, co przeciętny amerykanin chciałby spożyć.
I nie mylić mi precla z obważankiem!

Po tutejszemu "pretzel" nie "precel" :)
OdpowiedzUsuń