Uff...
Dziś od rana dużo się wydarzyło. Najpierw wizyta w banku po akceptację naszego kredytu. Przez pomyłkę Kristine wklepała w formularz całą sumę, a szefostwo się zgodziło i tak dostałam kredyt na cały zakup, mimo że ponad połowę mieliśmy odłożoną na koncie.
Ale o tym zorientowaliśmy się dopiero u dealera. W banku trzeba było zwrócić uwagę na tyle rzeczy, ze nie zauważyłam, że raty są jakieś duże. Tym bardziej, że raty miały być na 24 miesiące, a bank zasugerował rozłożenie na 48 m-cy.
Wszystko jest już wyprostowane, ale zdziwiłam się, ze tak wyszło. Nie sądziłam, ze po dwóch miesiącach dostanę jakikolwiek kredyt.
Z komisu - ponieważ auto było myte i czyszczone z naklejek a my nie byliśmy pewni jak zabrac się do ubezpieczania przez telefon - pojechaliśmy do przesympatycznego agenta ubezpieczeniowego, który sprzedał nam polisę. Póki co dość drogą, ale to dlatego, że obejmuje... tylko mnie.
Nie chcemy się im przyznawać, że Joshua nie ma jeszcze prawa jazdy, więc po prostu wyłączymy opcję wyłączenia go z polisy jak zrobi prawko. Wtedy też rata spadnie. (Własciwie jest to niefajne, kiedy ktoś ma prawko od tylu lat co on, a jest traktowany jak świeżak i tylko dlatego, ze się przeprowadził ma płacić więcej.)
Tak, za druga osobę będzie mniej. Wynika to z tego, że skoro ktoś wyłącza męża z ubezpieczenia, to oznacza, że z zaufaniem w rodzinie coś jest nie tak, a w takim razie jest to podejrzane :)
Kolejne obniżenie raty nastąpi, kiedy uzyskamy zdolność kredytową, która jest tu ogólną miarą wiarygodności klienta.
Od agenta można było spokojnie wrócić do komisu i zabrać nasze "cudo". W tym miejscu wielkie dzięki dla Paula, choć On i tak tego nie przeczyta, za pożyczenie nam samochodu.
Tak, jest to niewiarygodne, ale owe 16 - letnie bordowe paskudztwo to samochód mojego szefa. Jego żona ma nowiutkie BMW, On sam miał kasę by wybrać się na wycieczkę na Mount Everest. Ale auta zmienić nie zamierza, bo... przecież dobrze jeździ.
Jednocześnie wychodząc z nami na lunch prawie zawsze płaci za wyszystkich (choćby i 5 dodatkowych osób, bo przecież my mało zarabiamy...)
Jednocześnie wychodząc z nami na lunch prawie zawsze płaci za wyszystkich (choćby i 5 dodatkowych osób, bo przecież my mało zarabiamy...)
Tymczasem nasza... ( o rany) Toyota wygląda tak:
Tu już pod domem
A tu pstryknięte w drodze z komisu.
Tymczasowa rejestracja jest papierowa w foliowej koszulce. Z przodu niestety mamy dziury - tymczasowo z logo komisu, ale ono jest do zdjęcia.
Autko z 2011 roku, 78000 mil przebiegu (tu jest to istotne i rejestrowane przy każdym przeglądzie).
Silniczek V6 3,5l. Niestety skrzynia automatyczna, ale i tak jest żwawy.
Pod domem się wyróżnia: Przeważają tu jednak znacznie starsze auta. Przed chwilą sąsiad aż się za nim odwracał kilka razy. Pewnie dlatego, ze jest taki czysty i wali po oczach :)
Chciałam wrzucić fotki od dealera, ale już usunęli ogłoszenie.


Tamto stare fajniejsze :)
OdpowiedzUsuńA na poważnie to gratki. Się chowam ze swoim :P
Nie chowaj się, tylko powiedz czy do klubu byłych właścicieli C5 wystarczy mieć w następnej kolejności 270KM? Celowaliśmy wprawdzie w 315, ale cholerny Chińczyk przestał się odzywać po pierwszej rozmowie...
OdpowiedzUsuńJak się nie da lepiej to cóż robić... ja poszedłem w 420 a teraz mu zrobiłem upgrade na 450... :p
OdpowiedzUsuńale na Wasze przepisy i ich sankcjonowanie 270 styknie... ps. Wiem, przy ilu mój przestaje przyspieszać... ale się nawet na sądzie ostatecznym nie przyznam, że sprawdzałem to na a4... o nie ;)
Czekaj czekaj, dopiero się rozkręcamy. Jak spłacimy ten kredyt to nam zdolność wzrośnie i się nie będziemy odranaiczać do byle 270 KM ;)
OdpowiedzUsuńSpoko. Ja się już mentalnie zestarzałem. Następny będzie van... albo camper ;)
UsuńA później kupię sobie choppera.