sobota, 7 lutego 2015

Mąż swojej żony

Sprzedałem w domu samochód i dwa motocykle (no dobra, jeden był skuterem, ale zarejestrowanym jako prawdziwy motocykl), zamieniłem na dolary wszystkie oszczędności; po przyjeździe dałem żonie, która kupiła teraz samochód, zarejestrowała na siebie i powiedziała mi, że... nie mogę nim jeździć. Fajnie, nie?

Ale może Toyota od początku: po rozważaniach, jak się wysilić żeby kupić coś bez dalekich jazd, w miarę fajnego i możliwie bezawaryjnego, Ewa za poradą skorzystała z kredytu. I dobrze, bo chociaż wymogi banku ograniczały wybór, to jednak wreszcie było coś na miejscu; tutaj to kwadratura koła - nie ma problemu, żeby kupić, tylko... nawet po samochód trzeba GDZIEŚ jechać. Moja wycieczka do komisu, tego samego w którym dziś kupiliśmy auto, to łącznie prawie 3,5h autobusami. Do wyboru były (najciekawsze, po odrzuceniu np. klasy średniej plastikowej i koreańskiej, oraz wyrobów tutejszego przemysłu motoryzacyjnego) nasza obecnie Toyota, i Mazda 6; ta druga z minimalnym przebiegiem, ale za to znacznie słabszym silnikiem. Obie w podobnych wersjach wyposażenia, czyli bez fajerwerków, poziom/ dwa ponad najtańszy model. Rano dowiedzieliśmy się, że Mazda poszła, co mnie osobiście ucieszyło - może i ładniejsza, ale zamiast 170 KM mamy 270. Na jeździe testowej stwierdziłem, że jeszcze w życiu nie jechałem z tak wysoko podniesioną NAD pedałem gazu nogą.
Potem powiedziałem Ewie ile to auto nas kosztuje w złotówkach, odpowiedziała że wolała nie wiedzieć. No, miała uważać na parkingu, ale po drodze już się czuła swobodnie, więc Oldsmobilem Paula z trudem nadążałem za jej przyspieszeniami. I może jest to przesada, w sensie wydawania takiej kasy na samochód - kiedy potrzebujemy jeszcze innych, ważnych życiowo rzeczy (choćby łóżka, które tutaj są klasyczne i horrendalnie drogie), ale chyba nie stać nas na tanie. Samochód ma na podstawowe elementy 3 miesiące gwarancji, na której komis płaci połowę ewentualnych kosztów naprawy, jest w miarę młody i dobrej marki. Wycena bankowa na kontrakcie kredytowym, co warto wspomnieć, mówi o ponad $14000 wartości, co dobrze świadczy o naszym zakupie; oba brane pod uwagę samochody miały z resztą wyraźnie wyższe wyceny wartości wg. uznawanych tutaj portali internetowych.


Tu Ewa postanowiła się niezwłocznie, jeszcze na obowiązkowym spacerze z psem, podzielić wiadomościami ze światem.


A tu jeszcze jedna lokalna ciekawostka, po barszczu i dziś widzianej "kashy", którą w ramach świętowania zakupu nabyła Ewa:



Opis jest równie genialny, więc dla czytających po tutejszemu, i tych z mocnym postanowieniem nauczenia się (już Oni wiedzą, Którzy to), oraz pamięci potomnych, niniejszym zamieszczam. Tak po prawdzie, to za te począki powinni panu Holinko zedrzeć ten order, razem z klapą marynarki, bo opisując je jako "kule" sprzedaje coś na kształt amerykańskich donatów, zaklęśniętych w miejscu tradycyjnej tutejszej dziurki, wypełnionych obficie w naszym przypadku przesłodzoną marmoladą jabłkową. Oblane straszną ilością białego lukru, blade z wierzchu a w środku jadowicie żółte, niczym kompletnie nie przypominają PĄCZKÓW z mojego dzieciństwa - puszystych, ciemnych z białym paskiem, w których ciągle szukało się tej jednej ciapki różanej konfitury, bo w ręcznie robionych wypadała w różnych miejscach.
Nie żebym tęsknił za krajem, bo za półroczną średnią pensję nie kupi się w nim tej klasy auta.

A, jeździć oczywiście nie mogę z powodu braku prawka, i sprawy ubezpieczenia. Czyli jeśli zdam, to zacznę niedługo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz