czwartek, 5 lutego 2015

Poszukiwane auta męczy, Korlat jest zdrowa, Prasoon trzyma fason...

Wczoraj pojawiło się w komisie Subaru. W niezłym stanie, całkiem ładne, zadbane. Cena trochę przekroczyła nasze możliwosci, ale jako że komis udziela pożyczek, to może poczekaliby na parę stówek do przyszłego miesiąca... Zdolności kredytowej nie mamy, ale w końcu chodzi o jakieś $600.
Joshua pojechał dziś przed południem do komisu. Akurat trafił się chłodny dzień, ale dla tego auta było warto. Znalazł je na parkingu, zatrzymał się żeby oglądnąć. Podszedł do niego miły pan w czapeczce z logo tegoż komisu i powiedział, ze niestety to auto jest już sprzedane. 
I tak oto kilka godzin poszło się paść. Przez 20 minut na przystanku zdążył jeszcze zmarznąć.

Jak już jesteśmy przy autobusach, to ostatnio zdarzyło mi się coś nietypowego: W środku trasy na jednej z uroczych pętelek na parkingu kierowca zatrzymał się, wysiadł, zjadł kanapkę i po 5 minutach pojechaliśmy dalej. Oczywiści nikt z pasażerów nie skomentował tego ani jednym słowem, nikt nie okazał zniecierpliwienia. Ja rozumiem, ale... i tak było dziwnie. Odruchowo oczekiwałam, że usłyszę gdzieś z tyłu słowa nieurodziwe. A tu nic!

Zadzwoniła pani z lecznicy i powiedziała, ze Korlackie wyniki badań wskazują na to, że nasze psisko jest zdrowe. Jak już będzie auto, pojedziemy porozmawiać o być może brakującej szczepionce. (Przez telefon nie udało sie sparawdzić czy lista polskich szczepień jest krótsza niż tutejszych czy nie). Ochronę przed robalami atakującymi serducho mamy już zapewnioną: raz w miesiącu trzeba podawać specjalne "ciasteczko". Biorąc pod uwagę, że sama infekcja jest trudna do leczenia, podejżewam, że profilaktyka polaega na zabijaniu jakiegoś stadium pośredniego pasożyta, zanim zaatakuje serce. Na nasze szczęście "ciasteczko" zostało uznane za jadalne. Przy naszym psie nigdy nic nie wiadomo...

Wczoraj napisałam do współpracownika z fizyki, że chciałabym się umówić na następne eksperymenty. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zaproponował dzień dzisiejszy! W pośpiechu przygotowałam próbkę a dziś poszłam na fizykę. 
Nie, wcale się nie zdziwiłam, kiedy Prasoon, z którym byłam umówiona na 13 oświadczył (o 13:02), że właśnie pisze do mnie maila, że jednak dziś nie da rady, ale na pewno w poniedziałek...
Nawet się nie zezłościłam.
Jeśli uda mi się na jutro dostać urlop i pożyczyć na kilka godzin auto szefa, to wybierzemy się na wycieczkę po komisach. Sobota + autobus się nie sprawdza. Za mało czasu, za mało możliwości. 
Chcę w końcu zabrać Korlat do parku, zeby mogła się wybiegać, chcę jechać na zakupy... chcę auto!

Nie wiem czy znajdziemy coś sensownego w zasięgu cenowym.
Trzymajcie kciuki.


A, jeszcze coś. Już TYDZIEŃ czekam na komputer! Nie, nie stacjonarny. Na laptopa, którego kazał mi zamówić Paul. Stacjonarny, niezły sprzęt czekał zaraz po przyzjeździe i spisuje sie tak dobrze, jak tylko komputer z Wndowsem może się spisywać. Mimo wszystko dziś uznałam, że tydzień czekania to stanowczo za długo i poprosiłam Jennie (To Ona odpowiada za zamówienie), żeby sprawdziła co jest grane. Okazało się, że nie mogli doszukać się płatności, czy coś w ten deseń. Ale nie w tym rzecz. Kiedy zaczęłam narzekać w domu, że już tydzień a ja wciąż czekam, Joshua parsknął śmiechem i przypomniał mi kupowanie komputera na UJ.
Wtedy sprzęt był mi pilnie potrzebny, ponieważ na tym, który miałam nie byłam w stanie otworzyć plików graficznych z mikroskopu i nie mogłam pisać doktoratu. Zamówionyu komputer dotarł już po pól roku i przez pomyłkę został przekazany komuś innemu.
Tak. rozbestwiłam się tutaj. Na UJ o laptopie dla pracownika nikt by nawet nie pomyślał...





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz