Wychodząc rano z psem zauważyłam, że tutejsze ptactwo robi niezły hałas. Najbardziej rozbawił mnie red-winged blackbird. No cóż, tylko Amerykanie potrafią nadawać takie nazwy... Ale trzeba mu przyznać, zwraca uwagę nie tylko odjechanymi skrzydełkami. Dźwięku który wydaje nie nazwałabym piosenką, raczej terkocze jak stary dzwonek domofonu, ale w przyjemniejszej tonacji.
Tak, miejsce do mieszkania całkiem mamy przyjemne. Ale jak pomyślę ile tu będzie komarów, to już wiem, czemu dziury w moskitierze są podklejone taśmą klejącą.
Ostatnio Joshua dopadł piżmaka. Dosłownie. Skubaniec - piżmak, nie Joshua - buszował z łbem pod wodą, nawet się nie zorientował jak blisko ktoś do niego podszedł.
Całe szczęście, że Korlat nie wiedziała co znalazł jej pan. Z pewnością też byłaby zainteresowana.
Pogoda jest mocno zmienna. Kilka dni temu w nocy były mrozy, wczoraj było ponad 20C i pełne słońce a dziś wiatr, chmury i ostrzeżenia pogodowe. Na ostrzeżeniach się skończyło. Trochę pokropiło, powiało i się ochłodziło. U nas nawet nie zagrzmiało. I dobrze.


"Selerowe Torfowisko"? Serio? Jestem zachwycony. Cóż za mackowate, oślizgłe, bluźniercze, nienazwane i cyklopowe stwory spoza eonów muszą tam mieszkać! :D
OdpowiedzUsuńSerio ;) A co do tego, co je zamieszkuje, to pewnie jeszcze długo wszystkiego się nie dowiemy.
OdpowiedzUsuń