Przeprowadzka labowa w toku. Powoli nie wyrabiam. Nie chodzi to, że tak dużo noszę czy wożę. Bo jakoś bardzo się nie przepracowują. Chodzi o to, że nie ma gdzie tego wszystkiego układać. Po prostu mamy nieprawdopodobną ilość sprzętu, rzeczy, którycg zastosowania nie znam, odczynników o których nie słyszałam i drobiazgów, które równie dobrze mogą być śmieciami jak i super ważnymi elementami złożonej aparatury.
Dziś w końcu doprowadziłam do porządku swój nowy gabinet. Niestety ktoś, kto zajmował go wcześniej nie sprzątnął wszystkiego, ale zjawił się miły chiński doktorant i wyniósł wszystko co trzeba. Wymieniliśmy kilka zdań po angielsku, kilka po chińsku... i zaproponował, że jeśli chcę, to może mi pomóc z powtórkami i dalszą nauką. Jeszcze bu zhi dao czy chcę. Zobaczymy.
Chusteczki jednorazowe nasączone jakimiś dziwnymi detergentami i środkiem bakteriobójczym, których tu wszyscy używają w dużych ilościach, okazały się rewelacyjne do wytarcia szafek z kurzu. Po sprzątnięciu a przed umeblowaniem mój gabinet wygląda tak:
Z założenia będę go w przyszłości dzielić z doktorantką, która będzie pracować nad tym samym projektem.
Na szczęście tu nie ma zakazu wieszania plakatów na ścianach, więc niedługo pokój będzie wyglądał bardziej gościnnie.
Przy okazji dorobiłam kilka innych fotek: Jakiś sufit? E, tam...
To po lewej to korytarz w piwnicy a to po prawej to nasz lab.
Za to korytarz w piwnicy oznaczony jest takimi tabliczkami.
A na koniec - wtyczka na którą tak narzekałam odnośnie blatów, na których mamy pracować. Z wtyczki wychodzi "kabelek" który zajmuje kolejną znaczą część blatu. A przecież wszystko służy jedynie włączeniu światła, które jest wmontowane w stolik. Dlaczego nie można było w jego elementy wmontować również kabla?
Na sam koniec dowód, ze nasze psisko czuje się trochę lepiej: Znów zdarza się jej sypiać w ulubionej pozycji. Jeszcze za rzadko, ale jakiś postęp jest.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz