No i stało się, pracuję po nocy, śpię w dzień. Jakoś leci, o dziwo i mimo przewidywań Ewy, nie stanowi to na razie problemu. Po prostu jak w komedii Barei - rano kładę się spać, w tygodniu po wyprowadzeniu Korlat; wstaję po południu, znów spacer z psem, obiad jak Ewa wróci, wieczorem do roboty. W środku "szychty" mam... przerwę na lunch. O 1:30, co moim zdaniem jest najbardziej porąbanym pomysłem w tej pracy; po prostu wolałbym wyjść o 6 rano bez tej idiotycznej przerwy, i w południe po odespaniu mieć jeszcze trochę czasu. A tak, to żeby nie siedzieć bez sensu na plastikowym krzesełku - idę do domu, zjadam "śniadanie", wracam do roboty i tylko przez te ukombinacje na zegarku dzień się rozjeżdża. Nie opanowałem też jeszcze zmian w systemie golenia się, bo poranne skrobanie jakoś wypadło.
Co do samej roboty, to cóż - nigdy nie pracowałem fizycznie, nie zaszkodzi mi. W Krakowie wykładała Ewa, to tu dla równowagi ja mogę; na razie spożywkę. Kręgosłup nie cierpi, noszenia nie ma wiele - wszystko jeździ na wózkach i paletach, pozostaje wyciągnie z pudełek i ułożenie. Nie mam tylko pojęcia - ciągle - co gdzie jest, zwłaszcza w zakresie setek produktów, z którymi w starym kraju nie było szans się spotkać. Dla ciekawostki (i zaprzyjaźnionego miłośnika pieczenia ciasteczek), kawałek półki z mieszankami i dodatkami do pieczenia:
Jak widać - dziesiątki pudełek z mieszankami, do różnych typów i rodzajów ciast i ciasteczek, multum dodatków. Tu jakieś 4mb regałów, ale to dopiero początek - po drugiej stronie są dopiero dodatki, nie tylko bakalie, ale kolejne półki w tym czekoladowe dropsy i inne. A w chłodni - kolejne ciasta, tym razem gotowe do wyłożenia na blachę, albo w puszkach już przygotowane (gotowy lukier w paczuszce), same spody, w tym w "rynienkach" z folii aluminiowej, puszki z gotowymi dodatkami owocowymi... Kota można dostać, a "domowe" ciasto sprowadza się do kupienia kilku puszek, wypakowania jednych na inne, i wsadzenia do pieca. Ale jakby ktoś pytał, to ciasto będzie się pewnie nazywać "domowe". No, chyba że akurat będzie "polowe":
Dobrze, że nie różowe. Nie wiedzieć po co, mają tu zatrzęsienie wszystkiego w kamuflarzu "leśnym", przy czym ciuchy to dopiero początek. Za to nie ogarniam koncepcji takowego - w kolorze różowym. Może kiedyś będzie fota, jak ktoś uzna że koniecznie chce mieć.
No i w zasadzie na tyle, dziś mam wolne, więc chyba po raz pierwszy od tygodnia kupię sobie piwo; w tygodniu nie ma szans, bo musiałbym się nim raczyć o 8 rano, przed snem. Plan jest taki, żeby dalej szukać lepszej roboty; Bartek twierdzi że powinienem się jak najszybciej przerzucić na docelowy kierunek, czyli sprawdzić jakieś kursy np. księgowości. Póki co próbuję przystosować się do rozumienia autochtonów, bo bez lepszej znajomości języka nie skończę żadnego kursu.
Tymczasem za oknem (i na termostacie w jadalni) mamy 73F, pełne słońce i Subaru Imprezę w wersji sedan. Oni tu mają pod tym względem nierówno pod sufitem: pierwszy raz w życiu widziałem Fiestę w wersji sedan, do kompletu z Yarisem w tej samej wersji nadwoziowej. Tylko trochę mniej popularne są coupe budowane na bazie sedanów, w przeciwieństwie do europejskich - pokrewnych hatchbackom. Efektem są oczywiście - najczęściej - do niemożliwości płaskie i długie samochody, z których mało który jest dość urodziwy, żeby na nim zawiesić oko. Dobrze, że chociaż terenówki mają (dla mnie) całkiem przyjemne, no i Chargery (policyjne, śliczne). Gorzej, że moja małżonka nie podziela zainteresowania lokalną motoryzacją, nawet teoretycznie. No cóż, ciągle jak zauważyłem na zakupach w komisie - nasz pierwszy amerykański samochód jest japoński.
A, przypomniałem sobie, że czytałem przed przyjazdem, że amerykanie lubią i dbają o swoje samochody; zapomnijcie o tej bzdurze. Rozwalone światła i błotniki, bo na zderzaki nie ma nawet co zwracać uwagi, spotyka się nawet w samochodach wyglądających na sporo droższe niż pół tutejszej pensji. Tak samo jak pordzewiałe maski albo dachy. Za to w ogłoszeniach jako zalety podaje się, że zmieniany był olej (np. piszą, że co 3 tys mil regularnie), i koniecznie stan opon. Za to czasami wycieki z silnika są drobniejszym problemem. Ale fakt, że jak coś jest z samochodem nie w porządku, to - przynajmniej jak patrzę czasami z ciekawości - piszą; inna sprawa że bywa informacja o niewielkiej rdzy, a na zdjęciu dziury na wylot. Cóż, do następnego zakupu jeszcze trochę wody w Wabash upłynie, więc może nabiorę lepszej orientacji.
Na deser: nasza lampa w kuchni. Nie ogarniam tej kuwety, szczerze mówiąc. Mamy w salonie (świateł sufitowych nie ma) dwie lampy, z w sumie dość mocnymi żarówkami. I półmrok. W kuchni jak się spaliły dwie żarówki, to ledwie coś było widać - klosz jest mleczny i ma z pół centymetra grubości; to samo w przy drzwiach wejściowych. Pół mocy żarówek idzie w sufit. Po co - nie wiem. W tej sytuacji zwykłe "sreberko" na tekturze jako wkład do lampy widnieje już tylko niczym wisienka na ciasteczku. Może być w kolorze kamuflarzu, z pudełka.



Dodatki do ciast to fajna sprawa. Czekoladowe rzeczy to już zaś poezja :)
OdpowiedzUsuń