Nie przeszkadzać, jeszcze jakieś 7 min. Wraz z sezonem wyprowadzkowym skupujemy po taniości co nam się może przydać; od pary Chińczyków mamy więc drugi taki sam komplet lamp pokojowych - jakiś element wspólny przynajmniej w dwóch pomieszczeniach będzie, albo lepiej doświetlimy salon - a przy okazji jeszcze maszynę do pieczenia chleba. Kiedyś zastanawialiśmy się nad taką w Krakowie, ale że było to niemal w przeddzień wyjazdu, to pomysł został odłożony do realizacji na "po". Teraz mamy właśnie "po" (nie mylić z PO, bo to jeszcze macie Wy; jak przestaniecie mieć, to co najmniej kolejna fala naszych znajomych będzie miała takie samo "po", jak my teraz). No i jest:
Cicho, nie pisać w komentarzach, że nieudany. Przynajmniej mamy coś na kolację, bo poza wielkimi torbami mąki nic dziś nie przyniosłem ze sklepu; założyłem że piec się nauczymy, zanim zgłodniejemy na dobre. Ale fakt, nie spodziewałem się 3 godzin pracy "pieczarki".
Z ciekawych rzeczy, to miałem się pochwalić najszybszym awansem w mojej historii zawodowej, ale chyba się moi kierownicy nie mogą dogadać: za kadencji dwóch pracuję na magazynie z osprzętem "wyższej szarży", za jednego - dalej na nizinach drabiny korporacyjnej.
To jest "laser pistol" i drukarka, służące do "ims-owania" czyli obsługi stanów magazynowych. Jakby ciekawsze zajęcie, i chyba - bo się dokładnie nie przyglądałem - z lepszymi dalszymi profesjami wyjściowymi.
A poza tym praca na noce jednak trochę rozwala. Na moje pytanie, czy nie dałoby się pracować bez tej przerwy na lunch, dowiedziałem się od spanikowanego asystenta menedżera, że nie ma mowy i mam obowiązkowo wychodzić na przerwę. To wychodzę, chociaż to strata czasu. Za to na krótszych przerwach (też obowiązkowych) do kawy sobie poczytam, teraz "Inside Delta Force" Haney'a. Jak człowiek zacznie czytać po angielsku, to jest jakby trochę więcej fajnych książek, wiedzieliście?
Za oknem natomiast w związku ze wzmiankowanym sezonem wyprowadzek, ciekawe obrazki.
W umowie lokatorskiej mamy informację, że śmieci ponadgabarytowe (w sensie wywóz) trzeba uzgadniać z zarządcą osiedla, a za wywiezienie porzuconych będzie porzucający obciążany karnie. Inne ciekawe zapisy też tam mamy, ale sądząc po pojawiających się (sporadycznie) psich kupach na trawnikach, niektóre nie są egzekwowane. Wracając do śmieci: za duże to są te, które się nie mieszczą w koszu. Jak widać w związku z tym zmieścić się potrafią takie, których obsługa śmieciarki pewnie by o to nie podejrzewała.
A, miało być jeszcze o obiedzie postdoków. No to było tak: jakiś profesor uznał, że coś się z uczelni należy post-doc'om, skoro już są pracownikami tejże. Ponoć było mu wstyd, że uczelnia nie funduje piwa na te comiesięczne spotkania, więc zasponsorowany został 6-ty Doroczny Obiad Stowarzyszenia Postdoktorskiego (albo jakoś tak, ciężko się tłumaczy niektóre nazwy; a chciałem się zabawić w wielkie litery, bo tu zgodnie z zasadami pisowni pisze się nimi każdy wyraz nazwy własnej tego typu, ot ciekawostka). Poszliśmy, po dłuższych poszukiwaniach parkingu (znaczy tylko dla nas, bo normalnie są, tylko trzeba wiedzieć gdzie można i gdzie wjechać, jeśli już), pospacerowaliśmy na miejsce. Nie wiedząc gdzie dokładnie, Ewa postanowiła iść tropem zbyt dobrze jak na ulicę uniwersyteckiego miasteczka ubraną Chinką; o czym mnie głośno po polsku poinformowała, zwracając uwagę iż w takich przypadkach może ten nasz język być użyteczny. Na miejsce trafiliśmy, po krótkich poszukiwaniach i namierzeniu poznanej na poprzednim spotkaniu twarzy - znaczy namierzeniu przez to z nas, które twarze zapamiętuje i rozpoznaje - zostaliśmy przez tąż twarz dalej pokierowani na wyżerkę. Było trochę gadania, w tym opowieści pewnej pani profesor, która tyle lat jest na uczelni, że już się nad nią litują w miasteczku, z którego pochodzi, i przyjaźnie klepiąc po ramieniu zapewniają iż kiedyś w końcu tą uczelnię skończy. Chyba nieprędko, bo jest matematykiem, specjalistą od statystyki, a od dobrych 30-tu lat zajmuje się genetyką i właśnie się o nią kolejne uniwersytety rozbijają. W kolejce do michy przyglądnąłem się otoczeniu, i nieco tylko ciszej niż Ewa na ulicy, oświadczyłem że nie zawsze ten nasz język jest "tak" użyteczny. Za nami stała dziewczyna tak ślicznie, szkolnym pismem z polskiej podstawówki, zaanonsowana na plakietce identyfikacyjnej jako Katarzyna, dwojga nazwisk. Nie licząc Bartka to pierwsza Polka poznana tutaj; nawet się ucieszyła, bo ona nie bardzo ma z kim porozmawiać po polsku.
W sumie w ten łykend mieliśmy znów wybierać się do Wilczego Parku, ale znów leje. Może następnym razem.
Jedno ze zdjęć historycznej pseudokamienicy uniwersyteckiej. Korek na sufitach trochę psuje wrażenie przy tym kamieniu.
To na deser ciekawostka: tuż obok stoiska z kwiatkami w markecie, stoisko z... bo ja wiem, co oni tu mają na myśli? W każdym razie są to bukiety ze słodyczy. Z czipsów też. Bez komentarza.





Epigenetyką. To o wiele ciekawsze.
OdpowiedzUsuńNatomiast z zabawnych rzeczy, pani powiedziała, że przestawiła się z badań na komórkach ludzkich na rośliny. Bo one rozmnażają się szybciej a i nie marudzą, ze z tą czy tamtą krzyżować się nie chcą. Potomstwa jest sporo i badania idą raźniej.
Bardzo mi się to stwierdzenie spodobało.
Bukiety ze słodyczy brzmią dobrze ;)
OdpowiedzUsuńA co do komentarza o roslinach to piękny. I w sumie coś w nim jest :3