Jak już kiedyś wspominałam próbuję udowodnić T-mobile, że zapłaciłam poprzedni rachunek. Jakoś mi nie wierzą. Mieli sprawdzić, kasy nie znaleźli. Może wina jest po stronie banku, ale ciężko mi w to wierzyć: Zawsze płaciliśmy w ten sam sposób, nigdy nie było problemu, a ustawienia są zawsze takie same.
Tak czy inaczej zadzwoniłam po raz drugi. Pan na infolinii powiedział, ze do soboty na pewno mi telefonu nie odłączą. Jakoś mnie to niezbyt satysfakcjonuje, zwłaszcza, ze zgłosiłam sprawę w banku i nie wiadomo, czy bank nie będzie się ze mną kontaktował - rzecz jasna telefoniczne.
Pan na infolinii zaproponował więc, żebym... zapłaciła jeszcze raz.
Najspokojniej jak umiałam powiedziałabym, że wolałabym jednak tego nie robić. Jakby nie było to moje pieniądze i jednak chciałabym móc zagospodarować je inaczej.
Poporosiłam o maila, na który mogę wysłać potwierdzenia przelewu, żeby poczekać z odłączaniem telefonu do czasu wyjaśnienia z banku. Jakby nie było jestem najsłabszą stroną w tym procesie i nie powinnam ponosić odpowiedzialności za błąd u nich lub w banku. Pan podał mi... numer faxu. Tak! NIE DA się wysłać maila! A ja ani drukarki ani tym bardziej faxu nie mam.
Na miejscu okazało się, że w sklepie nikt nie wie gdzie taki fax wysłać... Sprzedawca zadzwonił "w moim imieniu" na infolinię, gdzie... poproszono go by podał mi słuchawkę. Ja sama musiałam dać się zidentyfikować na podstawie 4 ostatnich cyfr SSN i dopiero wtedy podano i ów tajny numer.
No przecież to komedia!
Jutro sama zadzwonię do banku i spróbuję sie dowiedzieć w czym rzecz. Bo jeśli sklep firmowy nie może się skontaktować i dowiedzieć niczego na infolinii, to obca jednostka jaką jest bank tym bardziej nic nie wskóra.
W końcu dostaliśmy decyzję z ubezpieczenia Korlaty. Otóż nie dostaniemy zwrotu. Nic. Ani centa, gdyż... Korlat rozchorowała się 12 dni przed wejściem polisy w życie, więc jest to "preexisting condition". A takich oni nie refundują.
Cóż, ubezpieczenie zawarte zostało zawarte kiedy pies był zdrowy i nic nie wskazywało na to, że się pochoruje. Niestety by zapobiec nadużyciom ubezpieczyciel ma dwutygodniowy okres przejściowy kiedy nie tylko nie płaci za leczenie - jak mi powiedziano - ale też jeśli pies na coś się rozchoruje, to ubezpieczyciel w ogóle nie pokryje żadnych kosztów związanych z ta chorobą. Tego kiedy pytałam p szczegóły już mi nie powiedzieli.
Nie wygram. Kiedy napisali czego szukać, znalazłam w umowie w różnych miejscach informacje, które poskładane dały jednoznaczną informację, że nic mi się nie należy.
Z pewną satysfakcją wysłałam rachunki na zwrot za chore mięśnie i ostatnie zapalenie pęcherza. Przynajmniej zwróci mi się to, co poszło w składki. A biorąc pod uwagę koszty leczenia i tak nie zrezygnuję z ubezpieczenia, Na wszelki wypadek.
Jedna rzecz mi się tutaj bardzo nie podoba: Mają bandyckie zasady wynajmowania mieszkań. Umowa jest na rok. Jeśli chcielibyśmy się wynieść wcześniej, to nasza sprawa, ale za rok wynajmu musimy zapłacić. Ponieważ wprowadziłam się w grudniu - terminie nietypowym jak na miasto akademickie, wynajem czegoś nowego mogę załatwiać od września lub maja. W innym czasie naprawdę fajne miejsca są zwyczajnie zajęte. Jeśli wynajmę coś od września, za wrzesień, październik i listopad muszę zapłacić w dwóch miejscach. A tego nie zrobię. Mogę też czekać do maja, ale wtedy w nowym miejscu podpisanie umowy na którcej niż rok raczej mi się nie uda.
Jedyną opcją jest znalezienie kogoś, kto wynająłby nasze mieszkanie od września, kiedy my się przeprowadzimy. Trochę mało prawdopodobne, że wypali. Musimy jeszcze sprawę przemyśleć.
Dziś trafiłam w naprawdę dziwne miejsce. Sklep, w którym tutejszym zwyczajem było wszystko. Ale za to w nieprawdopodobnych ilościach. Od pocztówek, poprzez płyty, książki, biżuterię, ubrania, maskotki... Trafiliśmy tam - całą grupą po lunchu (sponsorowanym przez Paula) kiedy to sam Paul wrócił do pracy. Coś tu chyba jest nie tak :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz