Mięśnie niby wyleczyliśmy już jakiś czas temu, ale nie chcemy jej przetrenować, bo leczenie było upiorne i nawrót choroby nam nie jest potrzebny. Dlatego zamiast iść z domu, podjechaliśmy - po amerykańsku - samochodem.
Trochę się od wczesnej wiosny zmieniło, ale jestniest niesamowicie urokliwie.


"Połać trzęsawiska rozpłomieniona była feerią ognistego światła, szkarłatnego i złowieszczego, bijącego z dziwnych, prastarych ruin na odległej wysepce. Nie potrafię opisać aspektu owych ruin - musiałem chyba postradać zmysły - bowiem odniosłem wrażenie, iż wznoszą się one doskonałe, majestatyczne i nienaruszone, nietknięte zębem czasu, okolone smukłymi kolumnami. Marmurowe belkowania, w których odbijał się płomienisty blask strzelały w niebo, niczym iglica świątyni stojącej na szczycie wysokiej góry. Flety zawodziły, niebawem zawtórowały im bębny i gdy tak patrzyłem sparaliżowany, wydawało mi się, że dostrzegam mroczne pląsające postaci odbijające się groteskowo na tle czerwonych promieni marmurów. Efekt był tytaniczny, aczkolwiek niewyobrażalny -i mógłbym przyglądać mu się bez końca, gdyby po mojej lewej stronie nie rozległ się nagle przybierający na sile dźwięk piszczałek. Przełamując przerażenie mieszające się przedziwnie z ekstazą, przeszedłem przez owalny pokój do północnego okna, z którego roztaczał się widok na wioskę i równinę na skraju trzęsawiska. Moje oczy ponownie się rozszerzyły w wyrazie szaleńczego zdumienia, jak gdybym zaledwie przed chwilą nie oglądał niezwykłych i nadnaturalnych scen. Skąpaną w upiornym krwistym blasku równiną podążał korowód istot, jakich nigdy dotąd nie miałem okazji oglądać, z wyjątkiem najgorszych koszmarów sennych. Na wpół ślizgające się, na wpół unoszące się w powietrzu, odziane w biel bagienne widma wycofywały się z wolna w kierunku nieruchomych wód i wyspy z ruinami, ustawione w szyku zdającym się sugerować układ jakiegoś prastarego, poważnego tańca rytualnego. Ich na wpół przezroczyste ręce, kołyszące się w rytm nie cichnącego dźwięku fletów, przywoływały w niesamowity sposób tłum słaniających się robotników, którzy podążali za nimi jak psy, wolno, sennie, bezmyślnie, powłócząc nogami, jak gdyby przyciągani jakąś nieodpartą demoniczną mocą. Gdy najady zbliżyły się do moczarów nie zmieniając kierunku marszu, nowy szereg sunących ociężale, zataczających się jak pijani mężczyźni, opuścił zamczysko wyjściem, które musiało znajdować się mniej więcej poniżej mojego okna, po czym przemierzył na ukos dziedziniec i dołączył do wlokącej się kolumny robotników na równinie. Pomimo odległości, jaka ich ode mnie dzieliła w mgnieniu oka rozpoznałem służących sprowadzonych z Północy, gdyż wzrok mój przykuła charakterystyczna, brzydka i nieforemna sylwetka kucharza, której absurdalność stała się teraz uderzająco tragiczna. Piszczałki zamilkły, od strony ruin ponownie dobiegł odgłos bębnów. Potem zgoła bezgłośnie i z gracją, najady dotarły do wody i jedna po drugiej wtopiły się w prastare trzęsawisko; podążający ich śladem robotnicy, nawet na chwilę nie zwalniając tempa marszu, wkroczyli w mętne fale i jedynym śladem określającym miejsce ich zniknięcia była niewielka chmura niezdrowych bąbelków, które z trudem mogłem dostrzec w blasku szkarłatnego światła. Kiedy tłusty kucharz, ostatni patetyczny uczestnik tego upiornego korowodu, znikł pośród szarawej, cuchnącej toni bagniska, dźwięk umilkł, a oślepiające czerwone promienie płynące z ruin zgasły nieoczekiwanie, pozostawiając wioskę samotną i opuszczoną, skąpaną w słabym świetle księżyca. Mój stan wówczas określić można jedynie jako nieopisany chaos, nie wiedząc czy postradałem zmysły czy też byłem normalny, śniłem czy też może przebywałem w świecie jawy, popadłem w litościwe odrętwienie."
OdpowiedzUsuńH.P. Lovecraft "Księżycowe moczary"
Nie jest źle, nie czytałam tego wcześniej, ale autora zidentyfikowałam po pierwszej linijce. Tak, Seji, fotki były dla Ciebie. Jak tylko dorobimy się prawdziwego aparatu fotograficznego, obiecuję bardziej klimatyczne.
OdpowiedzUsuńDziękuję. <3
OdpowiedzUsuń