Miało być o czymś innym, ale jak tak łażę po nocy ścieżką do Walmartu, to różne rozważania mi przychodzą do głowy.
O spłuczkach w toaletach, które nie mają opcji wylania mniejszej porcji wody niż pełnego zbiornika - nawiasem mówiąc na oko sporo większego od typowych w Polsce - już było. Woda jest w ogóle tutaj, chociaż niekoniecznie w naszym regionie, problemem. Jeszcze przed wyjazdem czytałem artykuł, jak to w oparciu o "prawo ziemi" wielkie miasta cierpiące na brak dobrej wody, kupują ją od właścicieli gruntów położonych w zlewiskach innych zbiorników wodnych; w efekcie sprzedawcy wywołują pustynnienie swoich gruntów, bo zużyta woda nie trafia tam, gdzie w sposób naturalny winna cyrkulować. Ale nie przeszkadza to lokalesom szczodrze podlewać swoich przydomowych ogródków, a warto przypomnieć że jesteśmy tu na wysokości geograficznej - dokładnie - Madrytu.
A ponoć nasza lokalna rzeka, Wabash, jest w kiepskim stanie.
Inna sprawa to samochody. Jak już wspominaliśmy, benzyna jest o połowę tańsza od ON, co powoduje że mało kto kupuje tutaj diesla; jest ewentualnie brany pod uwagę jak widzę po ogłoszeniach przy bardzo dużych przebiegach i konieczności posiadania sporej mocy w pojeździe roboczym. Samochodów osobotych z dieslem praktycznie tu nie ma, czasem się trafi jakiś Passat w TDI, raczej z zamiłowania właściciela do niemieckiej motoryzacji, i to tyle. Nawyk posiadania na stacjach taniego paliwa powoduje, że faktycznie najpopularniejsze silniki mają po 6 cylindrów i bliżej 200 niż 100KM mocy. Jeszcze jakiś czas temu śmiałem się, bo szukając samochodu patrzyliśmy m.in. na Mazdę 3 - tutaj najpopularniejsza wersja ma silnik 2.3. Spalanie tego wszystkiego co jeździ po ulicach jest więc adekwatne. Bartek twierdzi, że jeszcze kilka lat temu nikt nie zawracał sobie głowy braniem pod uwagę, ile samochód pali - oczywiście w testach podaje się te wartości, nawet ocenia że terenówki full-size mają wysokie spalanie (faktycznie, czasami sporo ponad 20l/100km w cyklu miejskim), ale np. nasza osobówka średniej klasy wielkościowej pali po mieście 12l/100km i jest to tutaj dobry, żeby nie powiedzieć bardzo dobry wynik. Wszystko to nie przeszkadza lokalesom na przykład zostawiać w zimie samochodu na kwadrans i dłużej z zapalonym silnikiem pod domem, żeby się nagrzał, czekać na parkingach z włączonymi silnikami. Zwłaszcza celują w tym czekające na wjazd czy rozładowanie ciężarówki; pod bramą towarową na zapleczu marketu jest nawet ostro brzmiąca tabliczka z zakazem oczekiwania na zapalonym silniku. Fakt, też jakby się nie przejmujemy spalaniem, tankując za kwotę połowy jednorazowych zakupów w spożywczaku pełny bak.
Pod warunkiem, że się nie pomylę z rozpędu i nie wleję ON, który tu nie ma jednoznacznie określonego koloru pistoletu na stacji - znaczy odwrotnie jak u nas przeważnie jest zielony, a czarny dla benzyny, ale rozróżnienie jest uznaniowe.
I najlepsze chyba na koniec - prąd. Pod Walmartem, na parkingach, zapleczu, stoją wielkie jasne lampy, które świecą się 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Tak, owszem - w pełnym słońcu również. Na naszym osiedlu w domkach na klatkach schodowych całą dobę włączone są światła, podobnie jak przed drzwiami (to akurat widać na zdjęciu). Pracujące nawet przy stosunkowo niskich temperaturach (czyli nawet takich, przy których Ewa jeszcze nie zaczyna narzekać) klimatyzatory nie są niczym dziwnym. Ale w pustych mieszkaniach, które już opuścili lokatorzy, też (w 2 czy 3 na osiedlu) światła zostały włączone 24/7! Tak, wiem, energia jest tania - ale biorąc pod uwagę, jak w Europie się naciska na poprawienie sytuacji pod tym względem, aż po kretyńskie przepisy dotyczące przymusowego korzystania ze świetlówek kompaktowych (kretyńskich dlatego, że technologia led-ów już przegoniła przepisy, są tańsze w produkcji, efektywniejsze, trwalsze i nie dają szkodliwych odpadów), to tutejsze zachowania ludności po prostu szokują. Ciągle nie przywykliśmy do tego, że rachunek za prąd jest w zasadzie dość niski i np. na klimatyzacji nie musimy oszczędzać (a zaczyna się faktycznie robić ciepło).
I jeszcze aktualności z pola zawodowego, w skrócie. Dziś w nocy odebrałem swój pierwszy czek z zarobioną kasą, która się nam zdecydowanie przyda. Niby jedna pensja - Ewy - nam wystarcza, ale po pierwsze chcielibyśmy coś więcej skorzystać z pobytu tutaj, po drugie wydrenowało nam kieszeń leczenie Korlat. Wprawdzie mojej pensji będzie pół tego, co zarabia moja małżonka, ale od czegoś trzeba zacząć. Musieli z resztą długo szukać. Następnym razem podam im nr konta, nie będzie trzeba gonić do banku z papierkiem. Jednak czeki to przerażający przeżytek, cieszcie się, że Was nikt nie zmusza na codzień do korzystania z tej metody z epoki pieniądza łupanego.
Na koniec ciekawostki:
W tutejszej spożywce ciągle najbardziej szokuje mnie ilość (i co za tym idzie - różnorodność) gotowej żywności; i nie chodzi nawet o mrożoną pizzę (tej wcale nie ma za wiele rodzajów), tylko raczej o półprodukty. Bywało, że nie było w markecie np. cebuli, ale już mrożoną, siekaną - owszem, nawet często od kilku producentów. Tarty żółty ser, w kilku wersjach - grubo, drobno; i w kilkunastu smakach, od kilkunastu producentów. Do tego gotowe opakowania np. makaronu z serem, tylko do zalania wodą i podania. Po co samodzielnie robić makaron z żółtym sosem serowym, skoro można wyprodukować gotowy?
Na fotce jeszcze jedna lokalna ciekawostka: do smarowania kanapek masło orzechowe, wymieszane w paskach z dżemem - truskawkowym, winogronowym. W końcu po co mieszać z dwóch słoików, prawda? Jakie to proste.
A to puszeczka kukurydzy. Nie byłoby w niej nic ciekawego, gdyby nie rozmiar małego wiadereczka. Jest na końcu alejki specjalna półka z takimi pojemniczkami dla wielodzietnej rodziny (miałem napisać coś niepoprawnego politycznie, jaka to ta rodzina miałaby być). W podobnych rozmiarach są puszki z ravioli, sosami, piklami. Jakby ktoś był baaardzo głodny (jak ja na diecie, na ten przykład). Tymczasem następny posiłek to dopiero "lunch" o 1:30 (tak, 1:30, nie 13:30)...



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz