sobota, 9 maja 2015

Doświadczalnie, o GMO słów kilka, Pierwsza Kohl'sowa zniżka "specjelnie" dla mnie, zakupy sukienkowe, świeżo pieczony pies.

Nareszcie coś robię. Po rozpakowaniu szkła laboratoryjnego wiem już gdzie są zlewki. Szukam za to końcówek do pipet, falkonów, szkiełek i wielu innych rzeczy, które są już gdzieś rozpakowane. Kluczowym słowem jest "gdzieś". Szukam również odczynników, zwłaszcza tych lodówkowych, które są jeszcze w Bindly (drugi budynek). Ponieważ jest nieznośnie gorąco, to do Bindly jeżdżę samochodem. Tak, zachowanie godne lokalesa. 
Ale jednak coś już ruszyło. 30 minut walczyłam z beadsami, żeby je rozdzielić. Od sonikatora (generującego ultradżwięki) rozbolały mnie zęby. (Zupełnie bezpodstawnie, gdyż ultradźwięki nie mają wpływu na uzębienie). Niestety nieprzyjemny wysoki dźwięk powoduje takie dziwne wrażenie. Ale osiągnęłam sukces.

To fotka mojego miejsca pracy. Nie widać, ale ledowa lampa, która wisi pod półką (i grozi katastrofą jeśli nagle odpadnie), została przyklejona pancerną taśmą. Teraz nie puści. Żeby uniknąć kabla do włączenia tejże do prądu na moim stanowisku pracy - jak widać i tak zatłoczonym - podpięłam ja obok. Niestety nie przypadło mi to rozwiązanie do gustu. Po prostu światło jest zbyt jasne. Ledy pod sufitem całkowicie wystarczą.



Nowy budynek ma sporo wad, ale ma też duże zalety. Na przykład taką, że można zostać zaatakowanym na korytarzu przez przeuroczego szczeniaka labradora.
Dość to zabawne: Idzie człowiek korytarzem a tu nagle wychodzi z za zakrętu taki zamaszyście machając ogonem.


Pogoda niezmiennie upalna. W domu chodzi już klimatyzacja. Na razie nie tyle dla samego chłodzenia co wysuszenia koszmarnie wilgotnego powietrza. Choć nie powiem, miło byłoby się jeszcze trochę schłodzić, ustaliliśmy dopuszczalną temperaturę w domu na 80F (ok 27C). Skoro może dobić na zewnątrz i do 100F (37C), to trzeba się przyzwyczajać.

Ruszył lokalny "maślany rynek". Jeszcze  nie byliśmy, ale trzeba się zainteresować, jakieś to GMO można tam nabyć.
Jak już jestem przy GMO, to pozwolę sobie na małe rozwinięcie, bo to też często poruszany w rozmowach z Wami temat. Pisząc najprościej jak się da, żeby nikogo nie zanudzić, wcale nie martwi mnie, że jestem w kraju, w którym uprawy GMO są coraz powszechniejsze. Właściwie, to nawet się cieszę. Dlaczego tak?
Nie martwię się, ponieważ sam pomysł, że rośliny GMO, które zjem mogą mi zaszkodzić jest... nielogiczna. Jeśli uznajecie teorię ewolucji, to musicie uznać, że wszystko jest GMO. Zmiany w kodzie genetycznym roślin i zwierząt zachodziły, zachodzą ciągle i będą zachodzić. Czemu nikt nie martwi się, że krowa, której kawałek właśnie zjada, mogła mieć niezbadaną mutację, która wprowadziła jakąś niebezpieczną zmianę do jej DNA? Czymże jeśli nie modyfikacją genetyczną jest tworzenie nowych szczepów roślin. Krzyżowanie ich w dowolny sposób?
Celowa modyfikacja genetyczna nie pozostawia żadnych śladów "chemicznych" dokonanej manipulacji. (Pomijam, że manipulację prowadzi się przy użyciu enzymów, a więc białek, a nie agresywnej chemii. Tym co pozostaje jest sekwencja czterech cegiełek obecnych w każdym kodzie genetycznym. Obce geny, tak jak "nie obce" są trawione do tychże cegiełek i ciężko wyobrazić sobie by nagle miały jakoś nam zaszkodzić.
Czymże z resztą są "nie obce geny", jeśli byle przebyta infekcja wirusowa może wprowadzić w nasz własny materiał genetyczny geny innej osoby lub nawet zwierzęcia? Taki transfer genów został już dokładnie opisany! (w prosty sposób tłumaczą to na przykład tutaj: horyzontalny transfer genów) . Wszelkie prowadzone badania prowadzą do takich samych wniosków: GMO nie są szkodliwe. "Ludzka" insulina, którą wstrzykują sobie chorzy na cukrzycę luzie na całym świecie produkowana jest przez bakterie. Zgadnijcie jakim trzyliterowym skrótem trzeba by opisać te bakterie? Mało tego, gen ludzkiej insuliny, który jest wprowadzony do tych bakterii jest zmieniony w laboratorium, tak by enzymy bakterie poskładały z niego insulinę identyczną jak produkowana przez ludzi. I to nikogo nie przeraża.
No dobra. Nie szkodzi, ale czemu miałabym się cieszyć?
Na przykład temu, rośliny GMO wymagają mniej środków ochronnych. Są odporniejsze i zużycie pestycydów w ich uprawie jest niższe. Tymczasem środki ochrony roślin są szkodliwe. I nic to, że ich mało, że od oprysków mija czas. One - w odróżnieniu od tego, co gdzieś kiedyś użyto do manipulacji genetycznej - pozostają w glebie, w roślinach i my ich znikome ilości zjadamy przez całe życie.
Powiem więcej. W momencie kiedy coraz więcej dowodów wskazuje na wpływ środków ochrony roślin na masowe wymieranie pszczół, nie jestem w stanie ogarnąć swoim rozumem pędu do blokowania ich uprawy w Europie. Bo GMO i pestycydy spożywane w diecie to pikuś w porównaniu z tym, co nas czeka jeśli zabraknie pszczół.
A jak ktoś chce więcej o GMO a biologii nie kuma, to może tutaj: http://gmo.blog.polityka.pl/

Kohl'sowa zniżka wygląda tak, że przychodzi "gazetka" - ot kawałek twardego papieru - adresowany na posiadaczy ich karty kredytowej. Pod naklejka znajduje się informacja odnośnie rabatu, który może być realizowany przy płatności ta kartą, w ramach zakupów dokonanych w jakichś tam dniach. Oczywiście rabat sumuje się z innymi i tak w następnym tygodniu mam dodatkowe 20%. No dobrze. To jest powód, żeby wstrzymać się z zakupami gdzie indziej i poszukać u nich czegoś za tydzień. Niedługo dojdę to tego poziomu co Thanh: ona nie idzie do sklepu, dopóki sklep jej nie przekupi rabatem lub kuponem.

Odnośnie sklepów to mam jedno nieładne przypuszczenie. Otóż zamówiłam sobie letnie sukienki. Wybrałam trzy fajne, z pełną świadomością, że jedna najprawdopodobniej okaże się za mała, jedna na żywo może być mniej fajna niż na obrazku, a jedna jest super i oby tylko była dobra.
Okazało się, ze pierwsza super leży, druga jest ładna, ale za duża, a trzecia jest też przyduża, ale w ogóle to nie w moim stylu. Właśnie wskoczyłam w rozmiarówkę S. Tymczasem moja waga zmniejszyła się mniej, niż bym chciała. I tak sobie myślę czy przypadkiem oni tu nie zaniżają  rozmiarówek na lato, żeby kobietom poprawić humory i zachęcić do zakupów...

Na koniec jeszcze jedna fotka: Widziałam z daleka, więc pierwszy rzucił mi się w oczy napis "Pies". Nawet o psie a nie ciastkach pomyślałam. Ot, odruch. A później przeczytałam co jest napisane u góry.
W tym kontekście było to zabawne.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz