niedziela, 24 maja 2015

Psia choroba, nowa znajoma (?), środowa prezentacja, pieczenie... ciasta, Boil order.

Tak długiej przerwy w pisaniu jeszcze nie mieliśmy. Ale i okoliczności nie sprzyjały pisaninie. 
We wtorek znów było źle z Korlat. Hiperwentylacja, sikanie na 15 razy i co 15 minut. Pojawiła się biegunka i w ciągu 10 minut pani - paranoiczka - miała już wizję niewydolności wątroby. Tylko czekała na dalsze objawy...
Muszę tu wspomnieć, że same obawy o wątrobę są częściowo uzasadnione: Korlat jest na lekach od końca stycznia, stan wątroby systematycznie się pogarsza. 
Od ponad tygodnia po oddaniu próbki do badania w kierunku kokcydiów w laboratorium uniwersyteckim Korlat jest na lekach, które przysłały nam polskie wetki. Znowu nie najdelikatniejszych dla wątroby, ale co zrobić, skoro nic innego nie działa? (Tak przy okazji w laboratorium uniwersyteckim nie wykryli kokcydiów). 
Tego samego dnia umówiłam się na wizytę - oczywiście na dzień następny. Tu na "już" można co najwyżej w klinice uniwersyteckiej na ostrym dyżurze, a i to jeśli stan nie jest ciężki zajmuje kilka godzin. Do 3:30 rano we środę wychodziłyśmy co chwilę. Olałam już temat  zwolnienia z WF-u, bo co było robić. Przecież nie zostanę z psem na noc na polu. 
O 3:30 udało nam się przysnąć na podłodze, a później - za namową pana, który przyszedł do domu na przerwę - przenieść do łóżka. 
Badanie krwi zrobione w środę pokazało, że nerki są sprawne. Wizja niewydolności wątroby odeszła w zapomnienie sporo wcześniej, bo nie doszły nowe objawy a stan psa nie pogorszył się dramatycznie. Wetka zasugerowała udar cieplny. Korlat bardzo dużo piła, więc i sikać mogło jej się chcieć. No dobra, dajmy jej jeszcze dzień.
Następnego dnia Joshua obaczył, że pies sika krwią. Pani dr zadzwoniła akurat sama, żeby spytać jak piesa. Stanęło na prawdopodobnym zapaleniu pęcherza. Przychodnię już zamykali, ale wetka zostawiła nam antybiotyk przed budynkiem - na schodach. Miło z jej strony. Zasugerowała umówienie wizyty a gdyby było źle - small animal hospital.
Polskie wetki - ponieważ wciąż jesteśmy w kontakcie - doradziły lek przeciwzapalny. I tu pojawił się problem: Lekarze w USA obstawiają, że Korlat ma zapalną chorobę jelit. Lekarki z Polski - infekcję. Ja po objawach i lekach dających poprawę a jedniocześnie gwałtownemu pogarszaniu się stanu pacjentki kiedy nie jest leczona, też skłaniam się ku infekcji. Ostatecznie kombinując z tym co jest dostępne (a dostępność leków bez recepty jest tu naprawdę znikoma) wyszło na to, ze podzieliliśmy się z Korlatą zapasem Pyralginy, którą jeszcze miałam z Polski. Na wizytę w Blair umówiłam się na piątek. Wydawało się, że jest ciut lepiej, ale Korlat była bardzo słaba. Zrobiliśmy badanie moczu - nie był dobry, ale tragedii też nie było i krwi. I tu pojawiła się  niemiła niespodzianka: nerkowe parametry nie wyszły w badaniu. Powtórka badania ujawniła tylko wartość jednego - dwa razy wyższą, niż dwa dni wcześniej. Wetka powiedziała, że wysyła próbkę do laboratorium, ale wynik będzie dopiero w sobotę. Ależ się sklęłam za tą Pyralginę! Natychmiast odstawiłam leki, wieczór psisko spędziło pod kroplówką. 
Z braku wieszaka użyliśmy krzesła i stojaka na sprzęt kominkowy. Przynajmniej było stabilnie. 


Korlat była słaba i cały wieczór przespała. Ale w nocy wyciągnęła mnie na pole tylko raz. Rano  skonsultowałam się z polskimi wetkami, ustaliłyśmy, ze do leku na biegunkę, który mi przysłały nie możemy na razie wrócić. Zaraz później zadzwonił ktoś z kliniki z informacją, że laboratorium odesłało wyniki i z nerkami jednak jest dobrze. Wróciliśmy do antybiotyku - na szczęście nie było jeszcze za późno. 
Wygląda na to, że faktycznie była to infekcja pęcherza, a Pyralgina, choć podana tylko raz, zrobiła dobrą robotę. Dziś od rana mieliśmy trzy spacery, ilość przykucnięć się zmniejsza. 
Oj, napędziła nam psica strachu. 

Wizyty w lecznicy i kolejne konsultacje mają jeszcze jeden wynik: zostaliśmy zapoznani z kobietą, która już dość długo mieszka w USA, ale chyba tęskni za rozmową z naszym języku. Idziemy w gości wieczorem. To dlatego upiekłam wspomniane w tytule ciacho. 
Nie, nie zostałam fanką pieczenia. Nadal uważam, że nie ma ona sensu, że tylko wprowadza do diety zbędne ilości cukru. No bo jak już się je upiecze, to pasuje zjeść. Nie piekłam NIC od dobrych 10 lat. 
Przepis pamiętam jeden. Choć mówiąc szczerze nie byłam pewna, czy pamiętam dobrze. Jakimś cudem udało się nieźle. 
Owszem, mogłam zrobić ciasto po amerykańsku, czyli kupić gotowe do upieczenia, albo w proszku z instrukcją... Ale raz, że pewnie byłoby za słodkie, a dwa, nie dowiedziałabym się jaki kolor mają ubite białka jajek z cukrem trzcinowym. Na szczęście kolor ciasta jest ok. Ale jeśli noie próbowaliście, to bezów tak nie róbcie.  Gdyby ciacho nie wyszło, Joshua sam musiałby je zjeść. To był jego pomysł. Ja od razu uważałam, że trzeba kupić czekoladki. 

W środę odwiedzali nas ważni ludzie, toteż miałam opowiedzieć trochę o naszym projekcie. Oczywiście wskazówki od Paula były totalnie niejednoznaczne i pogmatwane, niekiedy nawet sprzeczne. Kiedy godzinę przed prezentacja spytałam, czy nie chce zobaczyć slajdów i usłyszeć co mam do powiedzenia, gdyż nie chciałabym go zawstydzić skwitował krótko: "Jesteś tylko postdokiem. Jak mnie zawstydzisz, to cię zwolnię i po sprawie." Kiedy spytałam jak wymówić nazwę chemiczną długą na 15 sylab, spytał czy jest skrót. Tak - odpowiedziałam - jest: DTPA. Odpowiedział tylko: "Aha. No to mów skrótem". 
Później dowiedziałam się, że jestem ich chemikiem. No tak, w porówaniu z Valerim (programistą), Bartkiem (biofizykiem z zacięciem do analizy matematycznej o statystyki), i Paulem (który nie wiem w czym najbardziej się specjalizuje), zaiste mogę uchodzić za chemika.

W piątek miała miejsce jakaś awaria z wodociągami. Ciśnienie wody spadło za bardzo, a to pociągnęło za sobą ryzyko skażenia. Toteż wprowadzono zalecenie gotowania wody pitnej. Niestety brak telewizora i radia nie przysłużył się nam w tym wypadku: dowiedziałam się o nim już po wypiciu lemoniady i podaniu wody Korlacie. Na szczęście nasz filtr powinien dawać sobie radę z drobnoustrojami, ale i tak obudziłam Josha, żeby wymienił wodę w psiej misce na gotowaną. 
Okazało się, że słuchanie radia też nie wszystkim pomogło. Zarówno Kathy jak i Valeri napili się rano kranówki. 



W sobotę i dziś obydwoje mamy weekend. Ja doatkowo mam wolny poniedziałek. Obiecaliśmy sobie wypad za miasto, ale o tym będzie w nastęĻnym poście. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz