Obecny łykend mamy przedłużony (poniekąd) ze względu na tutejsze święto "Memorial Day" czyli coś jakby Wszystkich Świętych Wojskowych; założyli je sobie dla uczczenia swoich Południowcy w czasie wojny secesyjnej, moim zdaniem jak już poza martyrologią (jak to ładnie za swoje ideały się umiera) dla pocieszenia im nic nie zostawało. Północni zrewanżowali się swoim świętem, a gdzieś dopiero po drugiej wojnie zrobili z obu - jedno i ustawili je na ostatni poniedziałek maja. I święto federalne, czyli jeden z niewielu urzędowo wolnych tutaj dni. Autochtoni mają dziwne zwyczaje związane z własnym krajem i świętowaniem różnych jego aspektów; tu na przykład sklepowa "okolicznościowa" oferta... strojów kąpielowych w barwach flagi, czasami z gwiazdkami. Paski - obowiązkowe.
Na dziś znów straszyli burzami (fakt, rano powiało mocno i jak dotychczas przez moment pokropiło, przeganiajac nas z ławeczki), a dla odmiany Ewie nie odpowiada gorąco i słońce, a psu - siedzenie samej w domu; ją ciągle obowiązuje zwolnienie z wf-u i sporo tabletek. Korzystając więc tylko trochę z wolnego czasu wybraliśmy się wczoraj - w końcu! - do Wolf Parku, tuż za granicami naszego płaskiego West Lafayette. Przy okazji, ponieważ nie byliśmy pewni jak jechać, gps znalazł dla nas chyba jedyny w okolicy odcinek z kilkoma zakrętami, pagórkiem a potem fragmentem przez las... Chyba jedyny z tego względu, że przed pierwszym winklem stoi żółta ostrzegawcza tabliczka znaku głoszącego: uwaga, motocykliści.
Na miejscu wszystko wygląda tak:
Tu wybieg widoczny zaraz po wejściu na teren parku, więc pierwsza fota. Wilki w tle, za siatką, w centrum kadru - słabo widoczne, aparat nie dawał rady na takie odległości (i przez siatkę).
Na dwóch powyżej, dla porównania, kojoty. Bardziej "przyjacielskie" w
stosunku do ludzi, zasiedlają bliskie ludziom tereny, z których
wyprowadziły się wilki.
Na dwóch powyżej - prawdziwe wilki.
Na dowód, że faktycznie (w końcu) byliśmy w Wolf Parku: Ewa na mostku, w tle stad(k)o bizonów. Dwóch młodych na zdjęciach nie zobaczycie za nic w świecie, za małe na tą małpiatkę. Na porządny aparat jeszcze przyjdzie czas.
Na wyjściu z parku - nowi mieszkańcy, od niedawna za siatkami: lisy. Są szare (po naszemu srebrne?) , które potrafią łazić po drzewach (bo im się nadgarstek kręci na boki, jak nam, a nie tylko w jednej płaszczyźnie jak psie łapy), ale miały sjestę i spały pochowane. Poza tym rude (czyli tutaj: czerwone), z których jeden był czarny. Ale jak na czerwonego przystało, miał biały czubek ogona - a po tym się je rozróżnia.
Czyli: siatki i zabezpieczeń więcej jak wilków. Siedzą sobie na wybiegach, po kilkadziesiąt metrów krawędzi, mają po kilka drzewek (dopiero rosną, jak je posadzą, więc wszystkie są dość młode), budy (sic!), platformy na podwyższeniach, po kilka schowków w postaci sztucznych nor (np. fragmenty betonowych prefabrykatów). Żal się robi. Spodziewaliśmy się, że faktycznie będą miały jakąś przestrzeń - czego jak czego, ale pustych pól tu nie brakuje - skoro mają podobno być tu obserwowane ich naturalne zachowania. Ale "dzikość" ogranicza się w dużej mierze do tego, że przez kilka pierwszych tygodni życia nie podchodzi do nich człowiek, wtedy mieszkają sobie na wysepce z karmiącą matką. Ale wyprowadzane na pusty wybieg, żeby sobie pogoniły, idą tam... na smyczy. Podobno karniej, niż niejeden amerykański pies.
Ostatnie zdjęcie tablicy z budynku edukacyjnego jest też z parku, wilki są czasami wypuszczane na wybieg bizonów, który ciągnie się wokół terenu parku. Po kilka, raczej dla sportu i aktywności fizycznej - wypuszczane po trzy, bo tak siedzą na wybiegach, nie mają szans na skuteczny atak na bizony. W naturze z resztą też zbyt efektywne nie są, raptem 10% skuteczności polowania.
Przepraszam za fatalne zdjęcia, ale są dwie siatki (widać na zdjęciu sprzed wybiegu kojotów), jedna niska i druga wysoka - nie da się podejść, żeby przełożyć przez "oczko" obiektyw, więc aparat łapie najczęściej ostrość na druty.
W drodze powrotnej mieliśmy jeszcze za oknem (po raz kolejny) Battle Ground - czyli miasteczko pamiętnego korka z pierwszego ciepłego dnia w zimie - miejsce wytłuczenia wioski tubylców (tych poprzednich, z łukami) przez imigrantów (tych obecnych tubylców, od koltów), z czego niby nie są dumni, ale w gruncie rzeczy wcale nie żałują że sobie zajęli pół kontynentu. Ta bijatyka była w 1811 z Tecumsehem, więc skoro i tak nie obejmuje jej Memorial Day, a w domu czekał na nas Demon w stanie nie do końca zdrowym - zwiedzanie zostało na następny raz. O ile Ewa wytrzyma taką dawkę historii na świeżym powietrzu.
Podsumowanie Ewy:
Podsumowanie Ewy:
Wolf Park nas zawiódł. Nie jestem specem od wilków. Nie chcę udawać, że wiem lepiej i wszystkiego krytykować. Ale widząc nazwę "park" oczekiwałam czegoś trochę innego.
Spodziewaliśmy się właśnie parku: Sporych
przestrzeni na których wilki mogłyby się swobodniej przemieszczać. Zakładałam, że będą potrzebne lornetki, żeby przyglądanąć się im z daleka (jasne, że zza siatki, nie oczekiwałam, że wejdziemy ot tak na ich teren), ale jednak liczyłam na większą swobodę samych zwierzaków. A tymczasem całkowicie zsocjalizowane wilki oglądaliśmy z bliska, przez kraty.
I co z tego, że do nas podeszły, że żyją po kilkanaście lat
(Średnia w USA to 3-5 lat) skoro nie mogą być sobą? Chodzą na spacery na
smyczach. Biegają na bieżni… Było mi ich zwyczajnie żal.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz