piątek, 29 maja 2015

Zaczynamy odliczanie, Za ciepło, za wilgotno, za jasno, Podchody dla zdobycia nowego flapartmentu,

Od dziś Korlat nie bierze antybiotyku. Mamy wielką nadzieję, że cokolwiek się jej przyplątało, udało się wytłuc. Ale przed upływem miesiąca nie ma co świętować: poprzedni rekord bez nawrotu to 3 tygodnie i udało się to osiągnąć tylko raz. Na początek granicą jest 5 dni. Zazwyczaj tyle draństwo potrzebowało, by się uaktywnić. Na chwilę obecną wszystko jest dobrze, ale to akurat nic dziwnego. 

Klimat jest tu tragiczny. Wilgoć w powietrzu sprawia, że ciężko jest oddychać. Czasami jakby brakowało powietrza w tym co idzie do płuc. Jest prawie północ, a u nas chodzi klimatyzcja. Nawet nie dla ochłody a dla wysuszenia powietrza. 
Jest też za ciepło. 86 stopni (Równiutkie 30 C) przy tej wilgoci i słońcu jest dla mnie strasznie męczące. No właśnie: słońce. Nikt tu nie rozumie jak można go nie lubić. Otóż można. Kiedy przy tej temperaturze pada na moją skórę, wprawia mnie w koszmarny nastrój. Niby nie piecze, nie pali, ale jest nieprzyjemne i robię się zła jak osa. I nic tego nie zmienia. Oczywiście, stosuję bloker. Kilka razy wychodziłam, nawet na dłużej, a nie mam ani śladu opalenizny, ani raz nie dostałam wysypki (bez fitlra to u mnie standard: swędzi, piecze, czasem boli). Ale na mój nastrój nic nie pomaga. A jak mówię, że nie lubię, to wszyscy się dziwią, mówią, że bez słońca żyć się nie da. No to mam dla Was ciekawostkę: Kolega z byłego labu opracował metodę lokalnego uszkadzania DNA samym światłem i to w zakresie widzialnym. Nawet nie potrzebował UV. 
Po wczorajszej wycieczce na obiad wysiadły mi też oczy. Pewnie nie pomogło zadrażnienie rzęsą, której nie mogłam znaleźć, ale po spacerze na lunch, oczy łzawiły mi kolejne trzy godziny w pracy, a kiedy wyszłam na pole zaczęły boleć. Ledwo dojechałam do domu. Mimo okularów przeciwsłonecznych walczyłam z bólem, żeby wytrzymać z otwartymi oczyma, łzy lały się strumieniami. Dziś pracowałam w domu - wciąż w półmroku i z przyciemnionym monitorem. Nie podoba mi si tutaj. Chcę do Bergen...

Dziś  znów pojechaliśmy do  zarządcy nowego kompleksu budynków, do którego rozważamy przeprowadzkę. Opcje są dwie: Jedno mieszkanie będzie dostępne we wrześniu, jedno może od końca października (ale to drugie nie na pewno). 
Od momentu złożenia aplikacji oceniają ją dwa tygodnie do miesiąca. Później jest dwa tygodnie na umowę przedwstępną i depozyt. I to jest czas, w którym ewentualnie możemy znaleźć kogoś, kto wprowadziłby się tutaj. Spróbujemy, co nam szkodzi? 
Najśmieszniejsze, że w tym nowym miejscu obłożenie jest tak duże, że nie mają nawet jednego mieszkania do oglądnięcia na żywo (my mamy umówione zwiedzanie w czerwcu, wtedy jakieś będzie przejściowo wolne). No cóż... nie powstrzymało nas to: dziś wryliśmy się do mieszkania jakichś Chińczyków. Właśnie się wprowadzali, poprosiłam, ze bardzo bym chciała zobaczyć i nas wpuścili. Podoba się nam. Standard jest zdecydowanie lepszy a i pralka i suszarka w mieszkaniu jakoś bardziej by nam odpowiadała, niż bieganie z koszem ciuchów do prania. Na początku miało to nawet swój urok - tak po amerykańsku - ale co za dużo to się robi niefajne. 

Domki wyglądają mniej-więcej tak: 



Ciągną się dość daleko, w niektórych miejscach jest dość gęsto, widok z okna na 4 rzędy samochodów na parkingu (jak u nas) niestety jest tu standardem. A w tym kompleksie może być jeszcze gorzej: Przed niektórymi oknami zaraz za chodnikiem stoją garaże. Na szczęscie z mieszkaniem, które ewentualnie możemy rezerwować nie jest tak źle. Zobaczymy. 

Dziś Joshua jeszcze pracuje, sobotę i niedzielę ma wolną. W planach poszukiwanie półki na książki. A jeśli pogoda dopisze, może wybierzemy się z Korlat na torfowisko? Łapy nie bolą, chyba powoli możemy próbować dłuższych spacerów. 
Miłego dnia!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz