Mam za sobą pierwsze dni w pracy, bo jeszcze nie pracy - tylko samych szkoleń. Wielkofirmowa rzeczywistość wygląda chyba wszędzie mniej więcej tak samo: szkolenia, w tym kupa z zakresu bezpieczeństwa, a potem i tak normalna robota będzie pewnie wyglądała bardziej zwyczajnie.
To slajd z jednej z pierwszych prezentacji szkoleniowych: rozgrzewka przed pracą, oraz przed każdym większym wysiłkiem. W dokumentach wprawdzie stoi, że nie będę podnosił więcej, niż 25 funtów, ale co mi szkodzi się porozciągać. Sumienia nie naciągnę, bo chyba nie mam, jako niewierzący.
Na razie więc, po dwóch dniach chodzenia z walmartowym identyfikatorem, nie mam pojęcia gdzie mam zacząć pracę, z kim, ani co dokładnie będzie ją stanowiło. Za to wiem, że nie muszę zapisywać się do związków zawodowych, znam kody sytuacji zagrożeń, oraz na wszelkie sposoby jestem wyuczony sprzątania kałuż, jak się coś wyleje. Z tymi związkami zawodowymi miałem ubaw, bo jest na nie cały filmik; chyba strasznie mojemu pracodawcy dogryzają. W skrócie firma poucza nowych pracowników, że z każdym problemem mogą się zwrócić do menedżerów, a płacenie związkom zawodowym, które są głównie zainteresowane własnym bytem, mija się z celem - o swoje sprawy człowiek zwyczajowo lepiej zadba sam, niż zlecając je komuś. Do kompletu pouczeń w zakresie zasad bezpieczeństwa wiem jeszcze, że nie mam obowiązku udzielania pierwszej pomocy; ze względów bezpieczeństwa (krew). Jakbym się zdecydował, to mogę, ale tutejsze prawo nie nakłada takiego przymusu.
Aż jestem ciekaw, co będzie dziś w nocy, bo mam zaczynać. Chyba pójdę i będę czekał, aż się ktoś po mnie zgłosi, bo nikt mi nie powiedział nawet gdzie jest magazyn...
Tymczasem przyszedł nasz pierwszy po angielsku podręcznik do rpg, jak widać - klasyka. Był po taniości, a uznaliśmy że coś na półce mieć możemy. Ceny nowych na razie ciut odstraszają, aczkolwiek w stosunku do zarobków nie są wcale jakoś znacząco zawyżone. Ot, cywilizacja. Ciąg dalszy póki co zaplanowany to GURPS, bo tu jest szeroko dostępny, a na nasze potrzeby jego uniwersalność będzie stanowiła cenną zaletę.
Siedzę w domu i czekam na wizytę serwisu mieszkaniowego, który ma nam wymienić moskitierę na drzwiach balkonowych. Poprzedni lokator miał chyba kota, bo ma mnóstwo drobnych dziurek, poklejonych taśmą, głównie do wysokości pasa oraz w okolicy klamki, czyli na moje oko tam, gdzie małe pazurki mogły sięgnąć i zaczepić, albo się podeprzeć żeby zaczepić. W sypialni, gdzie była większa dziura, już chłopak wymienił, przy okazji z żaluzją bo chyba była uszkodzona. Fajnie tak, w gruncie rzeczy poza własnego autorstwa zniszczeniami - się nie przejmować.
A potem idę chyba się przespać, żeby trochę na noc nadrobić. Ewa twierdzi, że się nie da, ale mimo wszystko będę próbował. O 9 wieczór kawa i na roboty, tego jeszcze w mojej karierze nie było.
To, co powyżej, miało być sernikiem. Ale po kolei: w ubiegłym tygodniu, po raz pierwszy - bo okoliczności ciagle były niesprzyjające - wybralilśmy się na comiesięczne spotkanie post-doców uniwersyteckich, ze wszelkich wydziałów. Większy obiad tej bandy, tym razem sponsorowany, ma być w przyszłym miesiącu, za jakieś dwa tygodnie. Na razie samodzielnie ludzie idą sobie posiedzieć w knajpie i pogadać; przy okazji coś zjeść. Jako że my byliśmy po obiedzie, chcieliśmy zamówić tylko po ciastku (co najwyżej, przez rozpoczęciem okresowej diety), ale jakoś nie potrafiliśmy się porozumieć z kelnerką. Przynosząc wszystkim dania obiadowe, zamiast "cheesecake" dostaliśmy więc "cheesesteak" czyli dla nas drugi obiad. Poza tym drobiazgiem było ciekawie. Nawet po pierwszym kwadransie (i pierwszym piwie) nauczyłem się dzielić słowotok jednego z rozmówców na poszczególne słowa, dzięki czemu chociaż udziału w dyskusjach nie wziąłem aktywnego, to chociaż posłuchałem. Samo spotkanie było w "zabytkowej" knajpie (a w każdym razie ceglany budynek chyba tu się zalicza do zabytków), ozdobionej kawałkami canoe, psich zaprzęgów (w sensie sanek, nie kawałków psów), oraz łbami łosi i innego karibu (w tym też bizona, a co); czyli stylizowanymi "pamiątkami" po kanadyjskim serialu telewizyjnym sprzed półwiecza. W sumie kolorowo jest:
Na koniec zamiast rachunku (bill), kelnerka chciała koniecznie podać mi jeszcze jedno piwo (beer)... A może to muzyka była za głośna..?
Na deser ciekawostka znaleziona wczoraj w aptece:
No tak, bez telefonu i samochodu w tym kraju nie ma życia. Dla potrzebujących, żeby za dużo nie musieli nosić - pudełeczko na tabletki, wpinane w gniazdo słuchawek telefonu. Fajnie mieć wszystko pod ręką.
A, to jak już foty, to jeszcze tutejsze krasnale ogrodowe, przy których chciałem paść ze śmiechu:
Mają tego więcej: obok ptaszków i króliczków - całe stoły dzielnych figurek żołnierzy us army w pozycji bojowej, przy grobie, albo z towarzyszem broni (w domyśle chyba rannym) na ramieniu. Nie wiem, czy nie wolę krasnali; po pierwsze można się z nich swobodnie śmiać, po drugie te tu mundurowe figurki chyba są na poważnie...
A, zapomniałem że jeszcze miałem napisać, co za rozstanie. No więc z polskim urzędem skarbowym. Wysłanie rejestrowanego listu do mojego "kochanego" urzędu kosztowało mnie prawie 180 (sic!) złotych polskich. Traktuję tą daninę jako opłatę pożegnalną, niezbędny koszt rozstania - miejmy nadzieję ostatecznego.
A, zapomniałem że jeszcze miałem napisać, co za rozstanie. No więc z polskim urzędem skarbowym. Wysłanie rejestrowanego listu do mojego "kochanego" urzędu kosztowało mnie prawie 180 (sic!) złotych polskich. Traktuję tą daninę jako opłatę pożegnalną, niezbędny koszt rozstania - miejmy nadzieję ostatecznego.






WFRP - które wydanie, GW czy Hogshead? :)
OdpowiedzUsuńgames workshop. po prostu coś chcieliśmy, w końcu w domu poszła do żyda cała szafa...
OdpowiedzUsuńWłaściwy nowy początek. :)
OdpowiedzUsuń