Przy okazji szkolnej lektury, jaką jest lokalna darmowa gazetka (faktycznie, poza reklamami, zawiera jeszcze treść) namierzyłem miejscowy konwent z komiksami i grami. Albo raczej - znając tutejsze zwyczaje - z komiksami i dodatkami w postaci innych zajęć dla osób nieco odmiennie traktujących rozrywkę. No, do Indianapolis się nie wybraliśmy, a w sumie chyba już były ze dwie tego typu imprezy od naszego przyjazdu, więc uznaliśmy że korzystając z lepszego psiego samopoczucia można będzie trochę czasu przeznaczyć na odwiedzenie lokalnej imprezy. Zwłaszcza, że przecież była "pierwsza doroczna"... Nie, to nie błąd w druku: goście robią imprezę, i z miejsca nazywają ją doroczną. Przy tym są podobno zaskoczeni ilością zainteresowanych tematem mieszkańców, ze szczególnym uwzględnieniem przyjezdnych studentów.
Wejście na imprezę wygląda tak:
Oczywiście zgodnie z logiką - tak, czcionka typu secesja oznacza tutejszy teatr, w którym comicon się rozgościł.
W środku już mniej dla nas fajnie: stoiska z figurkami, komiksami, lokalni autorzy książek i komiksów, i figurek rzecz jasna. Do tego turniej karcianego Magica i planszowych (czy może raczej: makietowych?) Gwiezdnych Wojen.
Obejście całej imprezy, włącznie z pogawędką z jednym czy dwoma osobami, zajęło nam jakieś pół godziny, potem jeszcze przez chwilę przypatrywaliśmy się jakiejś mało koszernej operacji ataku na Gwiazdę Śmieci (chyba, w każdym razie na planszy była).
Stwierdzamy przy tym co następuje: wielkie pudełka z grami planszowymi, tudzież piękne podręczniki po $30-50 plasują się w naszym przyszłym budżecie znacznie lepiej, niż te same rzeczy liczone po 120-200 zł plus podatki i cła. Nie oznacza to jak sądzę, żeby moje kochanie postanowiło nagle polubić planszówki, które dotychczas ją po prostu nudziły; ale po prostu odmienność rynku i możliwość zrobienia za jakiś czas po prostu kolekcjonerskich zakupów. Za drobne.
Drugą część imprezy, która miała mieć miejsce już wieczorem i zawierać jakieś kolejne prezentacje, po prostu sobie odpuściliśmy, przedkładając nad nią długi wieczorny spacer z naszym suczydłem. W podsumowaniu stwierdzam - przynajmniej ja, bo Ewa ma napisać coś od siebie - że impreza jest pewnie typowa dla tutejszego rynku, ale w tak konsumpcyjnym charakterze, że nam jakoś nie leży. Cały udział fanów zdaje się ograniczać do kilku osób w przygotowanych wcześniej strojach (no, tu rozłożył nas na łopatki ojciec z synem w ekwipunku z Ghostbusters), i krążeniu między stoiskami w celu gromadzenia dóbr fizycznych. Punktów programu w polskim rozumieniu konwentowania, poza dwoma turniejami, nie stwierdzono. Trochę szkoda, bo zdawało się nam, że może to być jakiś punkt zaczepienia na przyszłość.
Joshua ma rację: Wszystko to było zbyt konsumpcyjne. Mam nadzieję, że to nie jest typowy i jedyny schemat konwentów bo jednak chcemy wybrać się do Indianapolis...
Joshua ma rację: Wszystko to było zbyt konsumpcyjne. Mam nadzieję, że to nie jest typowy i jedyny schemat konwentów bo jednak chcemy wybrać się do Indianapolis...
No dobra. Było tam mnóstwo przesympatycznych ludzi. Naprawdę. Gdyby nie to, że od dawna nie czytam komiksów a idea superbohaterów jest dla mnie co najwyżej ogarnialna na poziomie "wiem, że ktoś coś takiego wymyśla i ludziom się podoba" to może i bym się na coś skusiła. Było nawet coś o zombie! (Ale chyba o tym nie muszę czytać. Od ślubu jesteśmy przygotowani a nasz uniwersytet ma za sobą ćwiczenia na wypadek takiej epidemii*). Zamieniłam za to kilka słów z autorami komiksów. Ot tak, po prostu. Co jeszcze? Można było kupić koszulkę (niezbyt wymyślną), dostać malunek własnej facjaty za 10$...a całą resztę opisał zgrabnie Joshua.
Jedyne, co mnie trochę smuci, to że wciąż nie udało nam się poznać lokalnych nerdów, z którymi w przyszłości można by zagrać. A przecież ich tu musi być naprawdę sporo: Wydział Inżynierii, Matematyki, Fizyki, Chemii, Computer Sciences...
* Dla tych, którzy nie wiedzą: chyba dwa lata temu temu ktoś wpadł na genialny pomysł, by postawić przed studentami epidemiologii zadanie, z którym nikt do tej pory się nie mierzył: Musieli opracować plan na wypadek epidemii zombie. Wszystko w pełni profesjonalnie przygotowane, konkretne założenia, konkretne akcje. Po całych przygotowaniach i ćwiczeniach odbyła się duża konferencja na której omówione zostały podjęte działania, ich skuteczność i tak dalej.
Sam pomysł zwłaszcza normalnym ludziom może wydawać się idiotyczny, ale nie oszukujmy się: walor edukacyjny jest nie do przecenienia. Na wypadek znanych chorób powstały dziesiątki planów, z których można zrzynać. Tu Amerykanie poszli na całość.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz