piątek, 10 kwietnia 2015

Week-end

Dziś piątek, to mam wolne w szkole. A w ogóle to mnie wywalili. W zasadzie.

Tymczasem psie newsy: wczoraj późnym wieczorem (bardzo późny zrobił się zanim wróciliśmy) Korlat zaczęła ciężko dyszeć i znów sprawiała wrażenie bardzo chorej. Problem w zasadzie był od rana, ale wiązaliśmy go oboje z bardzo intensywnymi burzami; rano z nią została Ewa, potem ja jak wróciłem ze szkoły. Po prostu nie chciała chodzić, ale że błyskawice waliły co kilka sekund, a ona generalnie boi się burzy, to początkowo nie zwróciliśmy na problem uwagi. Po południu nie chciała wyjść na spacer, chociaż jak pani wróciła to poszliśmy już razem i jakoś przetuptała trasę do Walmartu, po tablety na żołądek - na podejrzenie wrzodów, bo tak kiedyś przy problemach z jedzeniem była leczona. Tymczasem wieczorem dyszała, nie chciała spać, i patrzyła na nas oczekując pomocy... Spakowaliśmy ją do samochodu - sama miała problem, żeby wsiąść - i pojechaliśmy znów do kliniki. Ewa stwierdziła, że ponieważ dr. Hui nie raczył odpowiedzieć na poprzednie maile, w tym o leki rozkurczowe, to mu nawtyka jeśli na niego trafimy.
Na miejscu po koszmarnie długim oczekiwaniu wetka zdiagnozowała - przy pełnym badaniu fizycznym - stan zapalny mięśni tylnych łap. To potwierdzałoby gorsze samopoczucie psa po długich spacerach, bardzo kiepskie zachowanie po wizycie w parku dwa tygodnie temu... Przy tym są to mięśnie przylegające do brzucha, więc zdaniem wetki takie właśnie byłyby objawy przenoszone po ich zaczepach. Jeśli to będzie tylko tyle, to będziemy bardzo szczęśliwi. I szczerze zaczniemy znielubimy Chińczyków, z ich nieumiejętnością przyznania się do niewiedzy, błędu, czy wycofania z przyjętych założeń. Na razie Demon jest na lekach przeciwbólowych i ma się wyleczyć z tego stanu zapalnego, no i oczywiście ma zwolnienie z wuefu.

Aktywność póki co będzie więc ograniczana do ewentualnej zabawy z mniej aktywnymi członkami lokalnej fauny:


Żółwik wędrował sobie po skraju naszego bagniska, przy łączce za domami. Fajnie.

Tymczasem wieści z branży edukacyjnej. Otóż jakby to kogoś jeszcze interesowało, moja buda wygląda mniej więcej tak:


Ma oczywiście obowiązkową flagę na maszcie przed, boiska z tyłu, parking i jakiś plac zabaw. Na tym ostatnim nie byłem, w obawie utknięcia w jakimś domku z rurek, z racji niedostatecznie adekwatnych gabarytów.
Z wyrzucaniem ze szkoły było natomiast tak: po 12 godzinach wstępnej nauki każdy ma zaliczyć pierwszy test kwalifikaycjny, na podstawie którego zostanie określony jego poziom językowy i delikwent zostaje zaliczony do odpowiedniej grupy naukowej. Poszliśmy we 2 z równie świeżym Brazylijczykiem, siedliśmy przy komputerach i zaczęliśmy klikać. On sobie wyklikał i poszedł, ja zapytałem czy to koniec czy będzie coś jeszcze, i w odpowiedzi usłyszałem iż może być coś jeszcze. Dostałem kolejny test. Po drugim już nie zadawałem głupich pytań, tylko czekałem, więc... dowiedziałem się, że jako nagrodę za drugi test wygrałem trzeci, i będzie jeszcze trudniejszy. Też fajnie. W nagrodę za trzeci dostałem karteczki z wynikami:


I obietnicę, że na razie testy im się skończyły, więc nic więcej nie dostanę. I mogę nie chodzić do szkoły, bo mnie wycenili na poziom zaawansowany. Problem w tym, że się wcale nie czuję zaawansowany... Ci, którzy muszą ze mną rozmawiać mają podobne zdanie. Chodzę dalej, tylko mam zieloną kartkę do podpisywania się, zamiast białej. No i nie będzie testów.
Z ciekawostek: poszedłem na rozmowę do doradcy zawodowego, mam nowe skierowania do agencji pośrednictwa pracy. A na miejscu natknąłem się na wolontariusza, na oko proweniencji latynoamerykańskiej, o swojsko brzmiącym nazwisku: Michalak. Zapytany kategorycznie twierdził, że ojciec pochodzi z Włoch, więc już nie dopytywałem jaką drogą tam trafił.


Ta fota żebyście się nie nudzili - tak wygląda wjazd na nasze osiedle. Ten baraczek po prawej to biura osiedlowego zarządcy, tablica pięknie opisuje nazwę... W centrum nasza typowa lampa, polecam się przyjrzeć, bo trudno coś podobnego zobaczyć w Polsce; oni tu wszystko, co nie ma być specjalnie trwałe, stawiają po prostu z drewna. Wszystkie lampy na osiedlu, wszystkie w zasadzie ogrodzenia, schody do domów (które też konstrukcyjnie są drewniane), itd. Czasami czuję się jak na dzikim zachodzie, zwłaszcza jak konstrukcja jest z takimi zastrzałami.


W drodze po Ewę na uczelnię, bo teraz tak się przemieszczamy jak ja jadę na angielski, byłem goniony przez lokalny Orient Express. Zainteresowani mogą sami poszukać, co to jest. Albo potem napiszę. Rzuciłem na "prowadzenie pojazdów" i oddaliłem się z prędkością nieco przekraczającą limit. Z resztą jest to tutaj standart, znaczy przekraczanie prędkości, a nie uciekanie przed pociągiem drogowym koło stadionu. Na 30 mph jadą tak 35-40, 5 mph to standardowe przekroczenie, generalnie do 10 więcej praktycznie wszędzie autochtoni jeżdżą. Jedynym wyjątkiem są uliczki np. przy uniwerku, gdzie jest 20 albo 25 mph i studenci łażący jak stonka jak leci i jak im pasuje, czasami niemal wzdłuż jezdni na drugą stronę, albo zupełnie w poprzek skrzyżowania. Pojedynczo, stadami, często nie patrząc czy w ogóle jakiś samochód nie nadjeżdża, ze słuchawkami w/ na uszach.

I fota na koniec na dziś. Tak, naprawdę mamy taką ulicę:


Fota mogłaby być lepsza, ale okolica wygląda średnio przyjaźnie, więc nie chciałem narazić się na jakieś nieprzyjemne rozmowy z lokalesami na bazie "czamu pan pstrykasz moją chałupę". W końcu - przypominam - mają tu więcej gnatów na łeb obywatela licząc, niż w Teksasie...

2 komentarze: