środa, 15 kwietnia 2015

Ulice Twin City - suplement

No tak, po pierwsze i prawdziwie: faktycznie nikt nie przestrzega ograniczeń prędkości. W zasadzie nikt. Wyszło to już w trakcie mojego przyjazdu, kiedy Ewa zastanawiała się na drodze czy jechać zgodnie ze znakami, czy jak wszyscy; wychodziło finalnie coś pomiędzy. Wygląda to tak, że są traktowane jako niezobowiązująca wskazówka, również przez... radiowozy. A fajne mają, Chargery. Pod tutejszym posterunkiem widziałem nawet Humvee, wprawdzie nie był podpisany SWAT, ale i tak robi wrażenie w okolicy drewnianych domków jak z letniska.

Co do znaków dodam, bo chyba warto, że mają tu często po kilka na jakąś pojedynczą okoliczność. I tak zakaz zawracania na skrzyżowaniu (wolno, o ile nie ma właśnie adekwatnej tabliczki) może być przedstawiony w formie graficznej, albo opisowej; czasami obu na raz - jakby się zarządca drogi chciał upewnić, że nie zostanie przegapiony - najpierw raz, potem na samym skrzyżowaniu drugi.


Ogólnie skomentowałem je kiedyś, że jak sobie szeryfowie w poszególnych grajdołkach opisali ruch drogowy znakami, to przy pisaniu jednolitego kodeksu (stanowego, każdy ma nieco inne zasady) wrzucili wszystkie do kupy, żeby nikt nie stracił swojego obrazka.

Ronda: no, to jest dla tubylców zabawa. Ponieważ generalnie jeździ się według strzałek, to ronda też są tak oznakowane, przynajmniej niektóre. Z tego wynika - również dla nas - chaos w korzystaniu. Niby wjazd bez kierunkowskazu, ale jak jest oznaczenie skrętu (jak na rondzie turbinowym), to chyba "z"..? Ale w trakcie jazdy skręt staje się kierunkiem "na wprost", więc znów problem jak sygnalizować zjazd. Do tego dochodzą autochtoni, którzy w tego typu sytuacjach zwyczajowo nie korzystają z opcji mrugania... Ronda o większej liczbie pasów, niż dwa - póki co nie stwierdzono. Dobry był pod ty względem nasz znajomy, który sporo czasu mieszkał w Chicago. Na pytanie jakie przepisy rządzą jazdą po rondach, po dłuższej chwili zastanowienia, stwierdził iż on tu nie widywał rond. U nas są, ale przepisy obowiązują zdaje się ogólne: ze szczególnym naciskiem na "jak już ktoś wjechał, to mu ustąp".
Na ulicach też królują strzałki. Trochę czasu mi zajęło, zanim zacząłem jeździć jak wszyscy tutaj - środkiem jezdni, bez względu na szerokość. A ma to uzasadnienie: raz z lewej, raz z prawej potrafią się w zasadzie bez ostrzeżenia pojawiać krótkie wydzielone pasy do skrętu, więc żeby się nie wpakować gdzieś w bok, lepiej korzystać z możliwości. Po amerykańsku.

Zabawa z odczytywaniem znaków jest jeszcze lepsza, bo w różnych miejscach są różne opisy - i zasady jazdy - a przecież przywykliśmy do jednoznacznych przepisów kodeksowych! I tak do skrętu w lewo może być opis o ustąpieniu na zielonym, jak to Ewa już wrzuciła, ale może też być np. taki:


Jeszcze większa zabawa jest przed szkołami, które mają ostro przestrzegane (przynajmniej oficjalnie, w przepisach) ograniczenie prędkości do 20mph, ALE tylko w czasie zajęć szkolnych. ALBO w czasie tuż przed/ tuż po lekcjach. ALBO (sic!) tylko kiedy mruga żółte światło. Opcji jest kilka, a obowiązującą wskazuje... tak, oczywiście tabliczka z napisami. Trzeba zwolnić choćby po to, żeby czasami doczytać całość.
I jeszcze: linie. Dochodzi jedna ciekawostka nie widywana u nas: żółte krawężniki. Oznaczają one, że za cholerę nie wolno przy nich parkować. Oczywiście, bywa że się tym nikt nie przejmuje, przynajmniej póki nie będzie musiał zapłacić mandatu. Ale - są takowe. Nieprzejmowanie się dodatkowo dotyczy: przejść dla pieszych, dróg pożarowych, i temu podobnych. Przynajmniej po Walmartem na porządku dziennym są samochody parkujące na takich nic nie znaczących żółtych kreskach na asfalcie.
Jak już jesteśmy przy przejściach, to ponoć strasznie konfundowały Ewę na początku. Zwyczajowo są tu zamiast zebry - dwie linie w poprzek ulicy, ale nie tylko. Bo po co jeden sposób, oznaczania, skoro można dać kilka, według uznania. Jako przejścia mamy więc jeszcze: klasyczną zebrę, oraz coś co określiliśmy jako drabinkę. Wygląda prawie jak namalowany zakaz parkowania, tylko jest biały, poprzecznie do drogi i w kierunku przystanku autobusowego. A, wszystkie występują w różnych wersjach szerokościowych, w zależności od dostępnego miejsca, szacowanego zapewne zapotrzebowania albo kaprysu malarza drogowego.

Na koniec - samochody. U nas na akademikach raczej tanie i stare, ale na mieście często również. W ogóle nowych samochodów wcale nie ma zatrzęsienia, a optycznie większość  wygląda na mocno eksploatowane. Patrząc po ogłoszeniach nie ma w tym nic dziwnego, przebiegi w ciagu 10-15 lat nierzadko przekraczają 200 tys mil. Przy tym typową praktyką tutaj jest... wymiana silnika. Silnik zdechł, silnik się wymienia. Samochód jeździ dalej, jeśli tylko był cały i zdrowy. Za to ostatnie odpowiada "title status": muszą być w nim pod odpowiedzialnością karną odnotowane wypadki, zniszczenia prowadzące do zakazu ruchu, oraz ewentualna odbudowa do przywrócenia samochodu na drogi. Ciekawe jest to o tyle, że nie spotkaliśmy się do tej pory z czymś takim jak nasze stacje kontroli. Wygląda na to, że póki się toczy, to można jeździć - o ile policja nie zatrzyma za stan techniczny. Na porządku dziennym są samochody z poobijanymi zderzakami, popękanymi reflektorami, szybami, itp. 


 To z wizji lokalnej pod marketem, rozbawił mnie.
No, to na tym akcencie zamykamy na razie wiadomości drogowe. W następnym odcinku (albo jak będę miał wenę): poradnik imigranta.

Edycja:
Wiedziałem, że coś jeszcze mi umyka, poza "brakującymi" przejściami dla pieszych - tzn. chodnik dochodzi do ulicy, jest specjalne obniżenie z żeliwnymi albo gumowymi "łebkami" dla niewidzących, po czym... przejścia nie ma. Znaczy nie namalowali. Przyjęliśmy, że przechodzimy  przez ulicę w takich miejscach, w innym razie trzeba byłoby zasuwać często spory kawał do jakiegokolwiek innego. O ile by się znalazło, bo często nie ma w zasięgu wzroku żadnego.
ALE: to co mnie bardziej zaskoczyło, to jazda przez skrzyżowania po skosie! Wygląda to tak: do skrzyżowania dochodzą powiedzmy 3 pasy, z tego jeden do skrętu. Za skrzyżowaniem droga jest kontynuowana w 2 pasach, ale... są one przesunięte o kilka stóp w stosunku do "wchodzących" na skrzyżowanie. W efekcie jazda "na wprost" jest przejazdem przez skrzyżowanie po skosie, żeby zmieścić się w swoim pasie ruchu. Jeśli dodamy do tego, że na samych skrzyżowaniach generalnie nie ma żadnych linii wymalowanych, to wymaga ten stan rzeczy nieco przyzwyczajenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz