No, i stało się: po uzyskaniu kolejno pozwolenia na pracę, SSN czyli numeru ubezpieczenia społecznego, który tutaj służy również do rozliczania podatków (i w zasadzie całej ewidencji osobowej), kilku szkoleniach w "pośredniaku" z zakresu poszukiwania pracy (jeszcze, zakładam, się przydadzą) i wysłaniu kilku aplikacji na roboty z zakresu, na który pozwala mi poziom językowy - czyli podstawowe - zostałem z dniem dzisiejszym dumnym budowniczym dobrobytu amerykańskiej korporacji pod nazwą Walmart. Dobre, nie?
W skrócie wyglądało to tak: któregoś dnia w czasie angielskiego dzwonił telefon, oddzwoniłem na przerwie - miłe dziewczę zapytało, czy dzwonię w sprawie reklamacji, czy może pracy. Połączono mnie z kimś, kto mówił takim angielskim iż dla mnie mógłby być równie dobrze chińskim w dialekcie kantońskim; zrozumiałem jedynie, że zapraszają mnie na rozmowę kwalifikacyjną, i dla pewności dwa razy dopytałem o godzinę. Pojawiłem się, pogadałem chwilę z dwoma osobami, wśród których była owa odbierająca telefon kobieta. Masakra, nic nie rozumiem. Z drugim było lepiej. Po wypełnieniu jeszcze kilku formularzy, które co ciekawe zatwierdza się wpisaniem "własnoręcznie" na klawiaturze numeru (lub końcówki numeru) SSN i kliknięciem "ok", zostałem skierowany do przychodni medycznej w celu... nie, bynajmniej nie wykonania badań okresowych, a zaliczenia testu. Testu na obecność narkotyków.
Zaliczenie jak sądzę było tym razem "na minus", odróżnieniu od klasycznych zaliczeń "na plus". Chyba nic nie znaleźli, bo po kilku dniach, zgodnie z obietnicą, zadzwonili ponownie, z informacją o kolejnym spotkaniu. Wg. opinii Bartka już skierowanie na badania oznaczało, że mnie zatrudniają, ale jakoś nie miałem do końca zaufania do tak prowadzonej rekrutacji, żeby się tym z miejsca chwalić. Ale tak, dziś był pierwszy dzień szkolenia z pracy. Załapałem się na stanowisko nocnego magazyniera. Nie śmiać się. Od czegoś trzeba zaczynać życie tutaj, nie wszyscy mają doktoraty.
Temat powyżej natomiast wziął się stąd, że otrzymałem podstawowe narzędzie pracy: nóż do kartonów. Z ostrzeżeniem, że to jedyny jaki dają - mam nie pożyczać nawet pod pozorem chwilowego użycia. Ewa stwierdziła, że jest przekombinowany. A mnie się skojarzył ze sceną z Man in Black, kiedy J otrzymuje informację, że dostanie "ostatni garnitur, jaki będzie nosił".
I to w zasadzie na tyle. Jak się dowiem, jak się pracuje, to dam znać. Póki co nie wygląda to bardzo źle, płacą marnie, ale zauważalnie więcej niż jest tutejsze minimum. Wg. rozpiski godzinowej praktycznie mam pełny etat, albo nawet więcej. Jeszcze muszę się dopytać jak jest z podatkami, ale chyba płacę wszystkie, bo mnie nie obejmuje żadne ekstra zwolnienie. Założenie jest takie, że jak się tylko ogarnę, to biorę się za podnoszenie kwalifikacji i szukam lepszej roboty; chyba że zgodnie z propagandą korporacyjną czeka mnie szybki awans, jako początek świetlanej przyszłości na ścieżce kariery w imperium Sama Waltona.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz