No, miało być na niedzielę, będzie na poniedziałek. Wielkanocny dla Was, roboczy dla nas - tu się w zasadzie świąt w rozbuchanej formie nie obchodzi, a już zdecydowanie nie - w formie wolnego.
Ale po kolei, może od dla nas ważnej kwestii poczynając: Korlat zdaje się czuć lepiej, chociaż ze względu na bóle brzucha karmimy ją obecnie żałośnie małymi porcjami, kilka razy dziennie. Liczymy na to, że zgodnie z opinią krakowskich wetek, po prostu żołądek musi znów przywyknąć do normalnej pracy i wielkości porcji.
Tymczasem minęły pierwsze moje dni w szkole, do której bynamniej nie dostałem wyprawki. no, chyba że uznać za nią dostęp do kluczyków od samochodu. W sumie jest lepiej - już na dojazd do "budy" nie potrzebuję gps-u, przynajmniej jak odwożę Ewę, i daję rady wrócić do domu. Z opanowaniem reszty miasta nie idzie mi jeszcze aż tak dobrze, ale zaczynamy powoli jeździć bez pomocy; znaczy planujemy zaczynać. Ostatnio w drodze do centrum handlowego nawigacja z iphone'a kazała mi kilka razy skręcić, praktycznie dwa razy zawrócić, a tego raz z resztą wskazanie zignorowałem, żeby dojechać do... tej samej ulicy, na której byliśmy wcześniej, i jechać nią dalej. Genialne. W sumie byłem pewny, że nią dojadę, ale jak urządzenie obstawało przy swojej wersji, to się poddałem.
Przy okazji - chyba - przedświątecznych zakupów widziałem pierwszy w tym mieście KOREK. Tak, był prawdziwy, mogę udowodnić:
Nie staliśmy, wjechaliśmy bocznym wjazdem pod market; ale liczy się że był.
W szkole jest fajnie, wszystkie dzieci bawią się razem, i mamy fajną panią od angielskiego. Naprawdę. Wprawdzie dzieci miewają i więcej lat ode mnie, a na przerwie głównie żłopią kawę, a pani opowiada różne niestworzone historie i czasami ma wątpliwości, czy coś poprawnie zapisała, ale generalnie jest fajnie. Fota z pomocy lekcyjnej:
Czyli analiza - w tym przypadku - fragmentu gazety, który mamy przeczytać tak jak jest zapisany, przy okazji zrozumieć, bo dostajemy opis co trudniejszych kilku słówek, i na koniec grupowo poprawić błędy, jakie zostały nam wsadzone w ramach zasadzki na biednych uczniaków.
Większe (albo mniejsze, zależy z której strony patrzeć) niespodzianki można spotkać za drzwiami... toalety:
Hmm... tak, umywalki i pisuary są na wysokości kolan, albo niżej. Wygląda na to, że budynek został zaadaptowany z podstawówki, i to po taniości bo nikt nie przejął się dostosowaniem do normalniejszego wzrostu uczniów tego typu drobnego sprzętu pomocniczego.
Poza tym jest ciekawie, na zajęciach mam sporą grupę ludzi z Kolumbii, chyba największą jak liczył pracujący z nami wolontariusz, Kevin, poza tym Japończyków (głównie płci przeciwnej, czyli Japonki - nie mylić z klapkami), Chińczyków, Brazylijczyków, jakieś dziewczyny z Meksyku, Egiptu, Arabii Saudyjskiej, jedną Rosjankę i nie pamiętam kogo jeszcze. W stojaku z międzynarodowymi flagami nie ma polskiej, co wytknąłem Meg, czyli naszej nauczycielce. Teraz wypadałoby mi dorobić, bo dostałem pozwolenie.
Ciekawostka z życia Meg, którą ujawniła w ramach konkursu na nakłamanie kolegom z klasy, z jej życia: otóż brała lekcje aktorstwa z Ashley Judd. Jaki ten światek mały, czyż nie?
Poza tym byłem na kolejnym szkoleniu z szukania pracy w "pośredniaku" czyli WorkOne. Nie powiem, żeby były jakieś szczególnie pomocne. Póki co praktycznie nie korzystając z ich systemu wysłałem ogłoszenia do lokalnych sklepów, od czegoś przecież trzeba zacząć, a Walmart jakby coś jest za ścieżką za jeziorkami, czyli pod nosem. A na samym szkoleniu najbardziej zaskoczył mnie starszy facet w turbanie, który przyszedł z tłumaczką; Hindus, pracował 15 lat w knajpie, którą zamknęli. Przez ten czas zupełnie nie nauczył się języka, za to teraz chciałby otwierać swój biznes. Aż jestem ciekaw, czy to mu się uda.
Więcej fotek z miasta i spacerów jeszcze będzie następnym razem, żeby się ze wszystkich nie wypsztykać; za to dziś jeszcze jedna ciekawostka - okienka obsługi bankowej (i bankomaty) bez wysiadania z samochodu:
Tu akurat cały rzadek pod naszym bankiem, z podpisem gdzie można wjeżdżać wysokim samochodem. Przy okazji wyprawy na comicon pojechaliśmy po gotówkę i sam pierwszy raz wygarniałem kasę przez okno samochodu. Nie, nie rozumiem za bardzo tego pomysłu, chociaż pewnie jest wygodniejszy niż szukanie miejsca, parkowanie i spacer w celu pomacania się ze ścianą gdzieś na mieście. Jeszcze zupełnie nie rozgryźliśmy sposobów funkcjonowania tutejszych banków, które sprawiają wrażenie nieprawdopodobnie zacofanych, więc nie ryzykujemy wybierania kasy z cudzych ścian. Jakby nie patrzeć nasze konto w tabeli opłat ma np. $5 za PRZYJĘCIE przelewu, a wykonane "online" transakcje pokazują się na koncie po kilku dniach. Niezły zjazd w porównaniu do polskich operacji elektronicznych.
Psiozdrawiamy wszystkich z dzisiejszego spaceru:
Ps. tak, Seji, więcej bluźnierczych słitfoci groteskowych form otaczających Selerowe Trzęsawisko jeszcze będzie





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz