Jak już pisałam, wczoraj postanowiliśmy posiedziec przy kominku. Zgasiliśmy wszystko jak należy, ale alarm, który właczył się w mieszkaniu o 3:15 nad ranem wydał nam się tym bardziej realny. Wyło niemiłosiernie,m co gorsza alarm nie dał sie wyłaczyć, trzeba było wyjąć baterie. Przemek nie wiedział co jest grane, ja nie miałam wątpliwości, bo wiedziałam, że mamy czujniki. W 2 minuty bysliśmy ubrani na korytarzu, w mmieszkaniu otworzyliśmy okno. Przemek zabrał - demontowalny czujnik, żeby spokojnie go zrestartować na polu i wejść z nim jak wrócimy. Po założeniu baterii czujnik się uspopkoił. Wrócilismy do domu, właczyliśmy go ponownie. Chwila ciszy, zielone światełko, zaraz czerwone i znów wyje.
Otworzyliśmy okna we wszystkich pomieszczeniach i wio na pole.
No i co dalej?
Instrukcja postępowania w takim przypadku zakłada wezwanie straży pożarnej. Ale my nawet nie mamy objawów lekkiego zatrucia! Bez jaj, jest środek nocy, wigilia... Może to przez kominek? Włączyliśmy czujnik, a ten po chwili zaczyna wyć. Na polu!
W końcu dogrzebaliśmy się do instrukcji obsługi w internecie (chwała niech będzie smartfonom). Alarm CO to pięć krótkich pisków i następnie cztery sekundy ciszy.
Ciągły pisk świadczy o... prawie wyczerpaniej baterii. Niech go!
Później w domu znaleźliśmy jeszcze jeden czujnik podpięty do prądu. Oni tu mają fioła na punkcie CO.
Po nocnych przygodach wstaliśmy skoro świt o 12. Poszliśmy na pierwszy prawdziwy spacer. Okazało się, że jak to na przedmieściach (choć tu nie towarzyszy im miasto) jest sporo ścieżek spacerowych. Nie trzeba martwić się o błoto, bo wszystkie są wyasfaltowane.
Mamy w okolicy małe jeziorka pełne ptactwa wodnego, z którym Korlat bardzo chce się zaprzyjaźnić. W ogóle wącha wszystko jak wściekła (podobno pierwszego dnia było z niuchaniem istne szaleństwo).
Niestety jest tu nie tylko ptactwo (ale też zające, sarny, oposy, ogromna ilość wiewiórek i skunksy) i niestety nie ma jak puścić psa ze smyczy. W efekcie mimo długiego spaceru, w domu wzięło ja na biegi. - Są wykładziny, wiec łapy się nie rozjeżdżają, a ewidentnie brakuje jej sprintów. Pierwszy raz od dawna zażądała (dokładnie po Korlacku, nie poprosiła, tylko zażądała) zabawy. Najbliższy psi park jest dopiero w Lafayette, więc kawałek stąd.
Nasze psisko nadal ma jetlaga. Jest 20 a ona poszła spać. Chyba jej hałasujemy, bo schowała się w garderobie. Biedna, nie wie, że to nie pomieszczenie tylko szafa.
Swoją drogą dziwne to nie wiedzieć gdzie w mieszkaniu podział się pies. Już dwa razy jej dzisiaj szukaliśmy.
A teraz zagadka: w jakim to jest języku?




Po hamerykansku. Przecież czytelnie napisano :)
OdpowiedzUsuńPedestrian crossing :)
OdpowiedzUsuń