środa, 17 grudnia 2014

A miałam się uczyć...

Naprawdę chciałam. Postanowiłam, że usiądę nad literaturą, zrobię notatki z zakresu badań nad identyfikacja szczepów bakteryjnych... Wzięłam nawet swój zeszyt. Ten prywatny, nie ten labowy. (Labowy jest wypasiony. Czarna twarda okładka, srebrnymi literami opisany z którego labu i w ogóle.) Tak czy inaczej plan był ambitny, ale bez przesady. Taki w sam raz realizowalny.

Ale jak zwykle nie wyszło.

Wczoraj przy okazji zakupów Bartek powiedział, że niedługo skończą się świąteczne promocje, więc rano na szybko zerknęłam na talerze i garnki. Ale nie ma lekko, trzeba sprawdzić co i jak. Bartek jak się dowiedział, że szukam, to mi kazał chwilę poczekać z zakupem, że zerknie i coś podpowie. Podpowiedział, przekalkulował... Niestety chwilę to trwało i fantastyczny zestaw się wyprzedał. Nic dziwnego, przecena była z 499 na 165$, a wygląd odlotowy (czerwony). Nie, żeby go to zraziło. Pokopał jeszcze trochę i znalazł taki sam zestaw w innym sklepie, co prawda srebrny, ale zamotał, zapłacił swoja kartą i odjął od ceny jeszcze 30$.

Przy okazji śmiał się, że szybko łapię tutejsze zwyczaje, bo wymyśliłam, że kupując talerze wysyłkowo a nie wiem czy na żywo mi się spodobają, więc od razu zamówię dwa komplety na wszelki wypadek i jeden oddam. Ostatecznie na razie zamówiłam jeden zestaw, bo wożenie zwrotki byłoby niewygodne (oddaje się w najbliższym sklepie).
Przy garnkach i talerzach trochę się rozkręciłam i od razu zamówiłam sztućce.

Cóż, poszło trochę kasy, ale  było warto. Późniejsze przeceny nie będą na prawie wszystko na raz i wybór będzie mniejszy. W ogóle fajnie to tutaj wygląda: Robię zakupy - do rachunku dostaję kartę upominkową na jakąś tam kwotę. Teraz po sobotnich zakupach miałam na 15 i na 20$. Karty są oczywiście terminowe. Jako  świeżo zarejestrowana w swklepie  -15%. Zniżka na święta - 20% a towary już na wstępie przecenione. I teraz najlepsze. To wszystko się kumuluje! 


Wieczorem w domu czekała na mnie niespodzianka. W kuchni na blacie (zaraz przy wejściu), leżała sobie koperta a w niej social security card. No i najważniejsze: koperta była otwarta.
Trochę mnie to zirytowało.
ALE:
Na kopercie zamiast 2B było napisane 26. Zakładam, że wylądowało w złej skrzynce i ktoś otworzył zanim się zorientował, że to nie do niego. Pewnie zaniósł do biura i Tyler przyniósł to do domu. Mimo wszystko mógł zadzwonić.
Jutro znów pójdę do pracy później, bo musze podejść i się dopytać co się stało.


Tak czy inaczej na reszcie mam to cholerstwo i mogę załatwić sobie internet i pogonić tych od prądu:
Podłaczenie gazu już jest rozpatrywane, ale do dostawcy prądu jeszcze nie dotarł list z potwierdzeniem notarialnym moich danych, a mail (o który sami prosili) ze skanem "się zgubił, ale to nic, bo to i tak nie wystarczy".

Z rzeczy mało zabawnych, w okolicy miasta ale i w jego granicach grasują... kojoty. Dwa małe psiaki trafiły do uniwersyteckiej lecznicy, jednego trzeba było uśpić.




Dobrze, że Korlat nie przypomina kojociego posiłku. Ale kto wie, co tu jeszcze w chaszczach siedzi?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz