Dzień minął mi na szukaniu mebli. Cały ranek siedziałam przy komputerze. Mam już plan na jadalnię, pokój gościnny (póki co bez sofy i foteli) i sypialnię. Na więcej nie chcę na razie się szarpać. Jest czas, a ja nie chcę najtańszego paskudztwa. Wolę chwilę poczekać zwłaszcza, że będzie mnóstwo dodatkowych rzeczy do kupienia. Póki co poszukiwanie ograniczyło się do netu, ale cieżko jest się tu poruszać. Miasto jest małe, ale z drugiej strony nie ma jednego cenetrum, gdzie można iść na wszelkiego rodzaju zakupy. Trzeba się przemieszczać. Autobusy w sobotę jeżdżą co ok 30 min. I niby można nimi wszędzie dojechać, ale trzeba sie dużo przesiadać i ostatecznie traci się mnóstwo czasu na przystankach. Kolejna ciekawostka: W weekendy trasa autobusu tylko z grubsza polkrywa się tą na planie, dodatkowo na przystankach nie ma rozkładów jazdy.
Odnalazłam miejsce warte odwiedzenia, ale jest piekielnie daleko i Sue - żona szefa powiedziała, że chętnie jutro ze mną pojedzie. Podobno też ma coś kupić.
Właściwie, to Paul postanowił pożyczyć mi dziś swój samochód. W tym celu zabrał mnie wcześniej na przejażdżekę po osiedlowych uliczkach...
To było straszne. Raz omal nie wypadliśmy przez przednią szybę, kiedy po ruszeniu wydało mi sie naturalne, że trzeba wrzucić dwójkę i nacisnęłam tam, gdzie powinno być sprzęgło. Nie trudno się domyślić, był tam tylko - bardzo szeroki - hamulec...
Miałam później jechać do hipermarketu, ale nie byłam do tego zdolna. Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nie wiem co miałabym zasygnalizować na rondzie (jazdę w kóóko czy zjazd?) i że coś jest nie tak jak zawsze ze skrętem w lewo na dużych skrzyżowaniach (zauważyłam jadąc z Jennie) ale nie wiem dokładnie co. I niby wiem, że auto Paula jest stare, poobijane i nawet powiedział mi, ze jak skasuję to żadna strata, ale jakoś świadomość że mogę spowodować kolizję i że musiałabym się tłumaczyć i odwalić papierkową robotę i jeszcze zapłacić mandat... wolałam pójść pieszo zwiedzić Downtown i zobaczyć czy nie trafi mi się jakiś fajny sklep.
Z jazdą samochodem mam czas do jutra, bo wypada mi zrobić jakiś obiad. Zawswze kiedy wracamy z pracy wszystko już jest gotowe i czeka na stole, chciałabym wyręczyć Sue przy jutrzejszym. Dziś ich nie ma, więc to musi być jutro. Jeszcze nie wiem co zrobić. Na pewno musi być z mięchem. Paul nie uznaje kuchni wegetariańskiej... Przy każdej okazji się ze mnie nabija, że nie jadam mięcha. (Jakto nie? a ryby?) O! właśnie mnie olśniło. Cały dzień myślę co wybrać, a tu podczas pisania taki pomysł! Ulubione danie mamy i jedno z moich ulubionych: łosoś na stopionych porach pachnący pistacjami :)
Miałam jeszcze o płocie na drodze napisać. No cóż. Poruszaanie się "na azymut" nie zawsze jest mądrym rozwiązaniem. A przynajmniej nie należy się dziwić jeśli pośrodku niczego wyrośnie płot oddzielający chodnik od estakady. I to właściwie powinno wszystko wyjaśnić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz