Ja nadal się nie przeprowadziłam!
Stale nie ma czasu, coś wypada. Chciałam (i to bardzo) pójść już spać u siebie. Zjeść kolację przyrządzoną samodzielnie i bez pośpiechu, usiąść przy własnym kominku z lampką wina... No dobra. Będę pić z kubka, nie mam jeszcze szkła. (I musze pamietać, żeby oprócz wina kupić korkociąg, bo tez nie mam). Niby mogę usiąść przy kominku tutaj i pewnie nawet tutejszy kominek jest fajniejszy, ale nie jest mój.
Siedzę szefowi na głowie już ponad dwa tygodnie. On i jego żona wciąż się uśmiechaja i zagadują, ale dla mnie staje się to powoli nieakceptowalne.
Bartek rechocze, że mam paranoję i że to tutaj normalne. Powiedziałam, mu, że za dwa lata przywyknę i ma na to moje słowo. :)
Na przeprowadzkę znowu nie było czasu. No cóż. Przynajmniej uwierzytelniłam notarialnie kolejny świstek z moimi danymi - tym razem do podania o przepisanie na mnei licznika gazu. Tym razem pan mnie sprawdzał. Kazał się dwa razy podpisać na czystej kartce, przyglądał się i porównywał ze zdjęciem w prawie jazdy (polskim, bo musiał być dokument ze zdjęciem i adresem). Jak dorze pójdzie, w przyszłym tygodniu będę mieć przepisany na siebie gaz.
Ciekawe, czy będę wtedy już tam mieszkać. Niby umówiliśmy się z ludźmi z labu na jutro, ale do d...y z takim umawianiem. Już dwa razy wstawałam wcześniej, żeby spakować walizki przed wyjściem do pracy. Żadna frajda.
Dziś zjadłam pół litra lodów, żeby sobie humor poprawić. A było po czym:
Przeprowadzka się odwlekła, szkoleniom z zakresu bezpieczeństwa nie ma końca. Zrobiłama już cztery podstawowe, w planie jeszcze jedno plus kurs z laserów, którego jakoś nie mogę zrobić, a mailem przyszło polecenie na kolejne dwa. Nudne, męczące i zabierające kupę czasu. A ciekawe rzeczy dalej nie ruszone. (Mnie przynajmniej nie wysyłaja na szkolenie w temacie molestowania. Bartek dostał skierowanie na takie, jako prowadzący zajecia. Bez szkolenia pewnie nie wiedziałby czy molestuje studentki czy nie.)
Poza tym nagle zorientowałam się, że utknęłam w paskudnej dziurze pośrodku gigantycznego pola kukurydzy. Tu nie ma nic! Jest płasko, brzydko i szaro aż po sam - odległy - horyzont. Bartek zauważył, że trafiłam w najgorszym możliwym momencie pogodowym. Wierzę mu. Liście opadły, śniegu jeszcze nie ma. Słońce pojawia się rzadko, a w tej szarości i bylejakości to nawet ja tęsknie za słońcem. (Nie wierzę, że to napisałam :D) ALe taka jest prawda. Noc ukrywa brzydotę tego niejsca i jest jakoś łatwiej się ogarnąć. Ładna jest tylko część kampusowa i wnętrza.
Indianapolis to taka sama dziura, tyle, że większa i z lotniskiem. Najbliższe miasto to Chicago.
Autobusy - a żeby się rozsypały - kursuja tu pętlami na niewielkim obszarze. Żeby dojechać gdzieś dalej, trzeba się przesiadać i marznąć na przystankach. Ich trasa mniej - więcej pokrywa się z tym co jest na planie, godziny przyjazdów niekoniecznie. Rozkład jazdy jest tylko w sieci i też jedynie orientacyjny, bo często się spóźniają. Jak przyjdzie paczka ze sportową kurtką to olewam autobusy i chodzę pieszo, w myśl powiedzenia "det er bare dårlige klær ikke dårlig vær".
Lody były niezłe i mi przeszło. Czekam na przeprowadzkę, a jak jutro znów się nie uda, to pójdę do Sushi Maru. Codziennie lody to byłaby przesada ;)
Już wiem o co chodzi z pseudostalowymi linkami wzdłuż okien i zatrzymywaniem się autobusów. :) To za to trzeba pociągnąć! A ja spodziewałam się jakiejś złożonej eletroniki ;) Hahaha. Fakt, że do linki dostęp jest przy każdym jednym siedzeniu, a z guziczkami byłoby trudniej.
Niestety o co z nimi chodzi zapytałam niewłaściwa osobę: Kobieta popatrzyła na mnie, z typową dla autochtonów życzliwością wszystko wyjaśniła i spytała czy długo mieszkam w West Lafayette. Odpowiedziałam - zgodnie z prawdą - że 2 tygodnie temu przyleciałam do USA. Reakcja mnie zszokowała. Usłyszałam, że to super i że ona mi gratuluje...
Że jak? Ale czego? (bo kontraktu - ok - można, gdyby wiedziała co i jak. Ale samego faktu bycia w USA?) A ta opowiada, jaki to wspaniały kraj, że wolność, że można mówić co się chce, że na pewno szybko poczuje się tu u siebie i będę szczęśliwa. Aż się we mnie patriotyzm (kontynentalny) obudził, bo co to niby ma znaczyć? A u nas ceznura? I powiedziałam (z właściwym dla tutejszej kultury szczerym uśmiechem i pełną życzliwością), że faktycznie jest tu bardzo porzyjemnie i ludzie uśmiechnięci i życzliwi i bardzo mi się to podoba, ale nie zdążę się zadomowić, bo za dwa lata, jak skończe kontrakt wracam do Europy, w której też jest wolność i też jest bardzo dobrze, chociaż zupełnie inaczej.
Tyle w temacie świadomości Amerykanów odnośnie reszty świata. :)
A tak przy okazji z ciekawostek: W Indianie przypada więcej broni na osobę, niż w Texasie. Podobno weekendowe wyjazdy na strzelnicę należą do typowego spędzania czasu przez autochtonów.
A teraz najfajniejsza historia w tym temacie z życia Bartka. Otóż Bartek ma syna. I kiedy zapisywał Młodego do szkoły wypełniał ankietę. A tam pytanie, czy ma sejf na broń. Odpowiedział - zgodnie z prawdą - że nie. Został wezwany do szkoły i zanim zdążył się odezwać usłyszał, że jako rodzic, mając dziecko w tym wieku, powinien mieć świadomość i odpowiedzialność, że... W tym momencie wszedł w słowo i wyjaśnił, że nie ma sejfu na broń, gdyż nie ma broni! (Tego nie dało się w ankiecie zaznaczyć.) Nauczycielka nie była w stanie zrozumieć jak to możliwe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz