Było tak: Dzień się torchę dłużył.
Rano poszłam po samochód. Dostałam jakiegoś plastikowego Chevroleta przy którym moja żabka (206) to była limuzyna. Oczywiście automat, z małym silniczkiem.
Pojechałam pod uczelnię. Oczywiście pakrkingu nie ma.
To znaczy jest, ale trzeba mieć zapłacony bloczek na strefę. I nie ma że święta - pani sprawdza. Podjechałam i zapytałam gdzie są jakieś płatne miejsca, na których mogę zostawić auto. Pani kazała jechać za sobą, ale zanim opuściłyśmy parking zatrzymała się i powiedziała "jak tu staniesz, to ja będę wiedziała, że to ty. Normalnie jest 50$ mandatu, ale rozmawiałam z tobą, wiem co to za auto, więc może dziś stać nawet do wieczora." Kocham ten kraj!
W labie zamiast czytać publikację obserwowałam trasę przelotu pewnego samolociku - oznaczonego na mapie Lot3 :) Właqściwie cały dzień spędziłam czysto towarzysko.
O 17 pojechałam do Chicago. Oni są jeszcze o godzinę opóźnieni. W sumie ja też powinnam być w innej strefie czasowej, ale Indiana ma czas według własnego widzimisię.
Droga na lotnisko była monotonna, ale i tak się zgubiłam - zaraz na początku... Po prostu nie wiedziałam jeszcze jak te oznaczenia fujnkcjonują: Niby każdy pas jest opisany dokąd zmierza, ale te opisy sie zmieniają... No i przegapiłam rozjazd. GPSa nie było jak przestawić, więc posłuchałam jego "recalculating" i wjechałam na drugą autostradę. w konsekwencji musiałam przejechać przez Chicago. Na szczęście nie było korków. Dotarłam na lotnisko na czas, mimo, że chwilę zeszło mi na odnalezienie parkingu na terminalu 5. Za to samolot był opóźniony. Jak się okazało nie dość, że wyleciał spóźniony, to jeszcze mu wiało w dziób. W końcu się doczekałam. Korlat - co jej się nie zdarza normalnie - aż na mnie skoczyła łapskami. Siku, w samochód i do domu.
Byliśmy na miejscu około drugiej. Po drodze musiałam przystanąć, żeby nie usnąć. 150 mil w jedną stronę to jednak jest kawałek. I choć kiedy stałam nie było problemu, to na autostradzie oczy same mi się zamykały. Ale dojechaliśmy. W domu czekały kolejne paczki (poprosiłam chłopaków, zebey mi wnieśli jeśli jakieś przyjdą). Dzięki temu Korlackie posłanie już czekało. Tyle tylko że ona je olała.
Dziś nie poszłam do pracy. Chciałam. Naprawdę chciałam... Nie wyszło.
Zanim oddałam auto była 10:15. Trzeba było zrobić zakupy, a obok wypozyczalni jest znacznie lepszy sklep niż ten obok nas... I miałam ofertę podwózki od Bartka. I jeszcze Bartek nie szedł do pracy i powiedział, że nie ma sensu... No to wróciłam do domu ;)
Zabrałam Joshuę do banku - żeby go dopisali do mojego konta i dali mu kartę debetową. Nie będzie musiał prosić o kieszonkowe.
Przy okazji zszokowałam panią kupką kasy do wpłaty. No cóz... Wyłożyłam jej na biurko wszystkie nasze oszczędności.
Korlat ma jetlaga i poszła spać. Nie to, że się na chwilę położyła. O, nie... Ona poszła spać do sypialni, wyłozyła się na boku i śpi.
Z dobrych wieści jeszcze mam jedną: Nasz autystyczny pies uznał flapartment za nasz. Nie ma problemu z aklimatyzacją, zjadła normalnie michę... Podejrzewamy, że po prostu flapartment już odpowiednio pachnie :)
Na razie to tyle. Jesteśmy po wigilii (była zupa grzybowa i kurczak z sosem teryaki i kluskami udong) Tak, wiem, bez ryby. Ale na lunch było sushi.
A teraz siądziemy przy kominku (już radośnie palą się drewienka) i będziemy oglądać Startreka.
Wesołych świąt!

Hej Korlat. :)
OdpowiedzUsuńTak Seji... Ona tez zapewne za Tobą tęskni... Nie martw się. Wróci. :)
OdpowiedzUsuń