piątek, 19 grudnia 2014

Kolejny dzień zakupowy, prawie pełna lodówka i herbata z pięcioma kropkami

Dopiero 22 a ja juz po pierwszej części kolacji.
Pierwszej, bo w lodówce jest u mnie trochę po studencku:


Tylko piwa brakuje, ale za to mam dwie butelki wina. Tymczasem zachciało mi się kanapkę. 
Na szczęście hipermarket pod nosem więc wyskoczyłam na chwilę. Właśnie się piecze bagietka. 

Kupiłam sobie też kolejna herbatę. I tak się teraz zastanawiam: Oni tu mają fioła na punkcie kofeiny. Ale takiego totalnego. Z jakiegoś powodu wydaje im się, że jak ktoś pije nałogowo kawę, to jest sprawniejszy umysłowo od tych co nie piją. Jest to oczywiście bzdura po pewnym czasie organizm się przyzwyczaja i kofeina jest mu potrzebna by mógł funkcjonować jak dawniej... Tymczasem brak kofeiny daje nieprzyjemne skutki. Ale do rzeczy: Tutaj nawet herbaty mają różny jej poziom. 
I właśnie - przypadkiem - kupiłam sobie taką:


Tak przez chwilę zastanawiałam się, czemu napisali "awake" na opakowaniu, ale w swojej naiwności pomyślałam, że ona po prostu nie jest dekofeinizowana. Nie przyszło mi do głowy, że będą dosypywać kofeiny. Trzeba z tym uważać, żeby się nie przyzwyczaić, bo kawy nie lubię, a gdzie ja takie herbaty później znajdę?

Przyszła pierwsza zamówiona przesyłka - Korlackie michy i stojak. 
Materacyk powinien być 23 lub 24 grudnia.
Niecierpliwie czekam na talerze (póki co dalej mam tylko jeden) i garnki. Mam nadzieję, że dotrą tu przed Przemkiem...

Za to dziś przy pomocy Bartka kupiłam odkurzacz. Znów taki nie najtańszy (o 100$ tańszy od wyższego modelu), ale powinien  dobrze zbierać czarne kłaki z jasnej wykładziny. 

Zaczyna mi dokuczać kręgosłup. Do dretwienia nóg przywykłam, ale jest coraz trudniej funkcjonować. A przecież mam sporo do zrobienia, przyniesienia i tak dalej. 
Za radą Anetki - samej szefowej - z rehabilitacji zamówiłam sobie narzędzie tortur i będę próbowała jakoś sobie porozluźniać mieśnie. Powinno na jakiś czas wystarczyć. 

Jednak rzecz, która mnie wkurza, to system ogrzewania. Działa jak klimatyzacja. po prostu dmucha ciepłym powietrzem. Nie dość, że szumi samo powietrze, to jeszcze palący się gaz. O dziwo w nocy mi nie przeszkadza, ale szum podczas rozmowy przez telefon albo nauki angielskiego - w słuchawkach - już mnie irytuje.
Tak, uczę się angielskiego. I tak, z BBC. Angielski (brytyjski) akcent jest odtrutką na różnorodne tutejsze akcenty. 
Zaraz po przyjeździe w ogóle nie wiedziałam co ludzie do mnie mówią. To była jakaś tragedia. Musiałam w głowie powtórzyć usłyszane głoski z odpowiednim akcentem i dopiero wtedy łapałam o co chodzi. Teraz jest nieźle. Dopóki nie trafię na silny południowy, to daję radę. Ale dobrowolnie słuchać amerykańskiego radia nie jestem w stanie. 
Do tego wszystkiego jest Shohei, Yamamoto san, Euwion i masa innych ludzi którzy mówią tak samo jak ja tylko po swojemu. (Czyli z różnymi dziwnymi akcentami). Może dzięki temu nie złapię lokalnego :)


A teraz Wy sobie śpijcie dalej a ja siadam do literatury. Dziś nie sprzątam. O. 






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz