środa, 25 marca 2015

Rzeczywistość trochę na wesoło

Po ostatnich - jeszcze niezakończonych - ciężkich psich wątkach, trochę obrazków z naszego pola kukurydzy, z przymrużeniem oka. Pole kukurydzy wygląda tak:


To ostatnie skrzyżowanie, jakiś kwadrans spaceru (z psem) z naszego flapartmentu, tuż za parkiem technologicznym. Faktycznie, dalej nie ma w zasadzie nic, gdyby poprzyglądać się dłużej, to pewnie śladami Kolumba, odkrylibyśmy krzywiznę Ziemi. Przydałyby się jakieś górki, bo bez nich to nie będzie po co kupować motocykla. Chyba, że mają tu jakieś tory w okolicy, to jeszcze do sprawdzenia. Nie, Indy nie liczę, z wiadomych przyczyn.

W międzyczasie, uzupełniając stan umeblowania (do przykręcenia jakieś łazienkowe wieszaki) kolejny raz odwiedziłem sklep, który oprócz spożywki i kupy innego towaru, ma jeszcze spory wybór artykułów technicznych. Swoją drogą jest to tutejsza ciekawostka: w każdym sklepie można kupić w zasadzie wszystko. Typowe spożywczaki mają stoiska z chemią gospodarczą i miotłami, książkami, lokalnymi pamiątkami z logo uniwerku, artykułami samochodowymi, itp. W markecie niby technicznym można kupić spożywkę, artykuły dla zwierzaków. W śród stoisk znalazłem takie oto (tym razem mam fotę, bo poprzednio jakiś miły 65-cio latek w sklepowym mundurku koniecznie chciał mi pomóc, jak podziwiałem, więc nie wypadało jak japoński turysta wyciągać mu przed oczami aparatu):


Niech żyje europejska ochrona środowiska, dzięki której nie można kupić normalnych żarówek (znaczy można, ale nie jako normalne żarówki), która jakoś nie chce dotrzeć tutaj. Mam jeszcze powiększenie tych pięknych żaróweczek, którymi można byłoby odtwarzać XIX wiek w domku. Kolejny obrazek do kolekcji wiecznie palących się osiedlowych lamp, grzejących się 10 min na parkingu samochodów, i spłuczek które nie mają opcji "mniejszej potrzeby". Wcale nie jestem przekonany, czy akurat świetlówki kompaktowe uratują Ziemię dla naszej progenitury, więc ja jestem za. Miałem napisać, że w razie potrzeby prześlę, ale mam wątpliwości czy poczta stanęłaby na wysokości zadania; raczej nie, wnosząc po naszej pierwszej paczce (tej z 4 grudnia). A propos: po złożeniu reklamacji z poczty amerykańskiej zniknęła informacja, że ją mają. Czekamy na wynik poszukiwań.



Jeszcze fota z wycieczki, dla równowagi - żebyście nie zapomnieli jak Ewa wygląda. Po drugiej stronie - skrajne zabudowania parku technologicznego West Lafayette:


Tak, za tym jeziorkiem. W ogóle trzeba przyznać, że te przedmieścia jakoś tak fajnie są zaprojektowane: pomniędzy poszczególnymi kompleksami zabudowań zostaje zieleń, i to nie tylko taka "parkingowa". Oczywiście daje to również efekt negatywny dla potencjalnego piechura, potrzeba sporo samozaparcia, żeby się chciało między nimi przemieszczać bez samochodu.

Z tego ostatniego obrazek dowodzący, że też mamy trzy pedały, mimo odmienności konstrukcyjnych naszego środka transportu:


Jak to ujął obrazowo Bartek, to jest właśnie "nożny ręczny".


Na koniec miała być jeszcze Ewa w aptece, ale może już nie dziś. Za to na koniec - chłop na zakupach. Stwierdziłem po długich rozważaniach, że przydałaby się jakaś bluza do chodzenia po domu, przynajmniej póki jeszcze nie jest za ciepło. Poprzednia pamiętała (już jest w recyklingu) jeszcze moje czasy w Wiśle, czyli okres który wymyka się najstarszym góralom. Więc - zakupy z naszym bonem do wydania, za poprzednie. Poszukiwania dały efekt nadspodziewanie pozytywny, spodobał mi się jeszcze podkoszulek, zwany z amerykańska t-shirtem. Paragon jak widać: zapłacono niecałe 7 dolców, zaoszczędzono... $70. W końcu dotarło do mnie, skąd w polskich (i innych pewnie, w naszym rejonie) ciucholandach ubrania prawie nie używane, czasami z metkami. No, jeśli tak się je kupuje, to pewnie biorąc co jakiś czas, czasami trzeba po prostu szafę opróżnić...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz