Dziś znów napiszę trochę o życiu tutaj.
W końcu zabrałam się za poszukiwania lekarza pierwszego kontaktu. Strasznie mi się nie chciało, ale trzeba zaopatrzyć się w leki. Wcześniejsza próba znalezienia lekarza przez mojego ubezpieczyciela skończyła się niepowodzeniem. Otóż system wypluł informację, że w promieniu 30 mil nie ma lekarza, który by mnie mógł przyjąć. Jennie stwierdziła, że system musi mieć błędy i podpowiedziała gdzie zadzwonić. Zadzwoniłam, podałam imię i nazwisko i zostałam zapisana na 19 marca. Strasznie jestem ciekawa jak to tutaj działa. Zobaczymy.
Wracając do domu ominęłam dziurę w drodze. Jak widać płyty betonowe też nie sa w 100% odporne na mrozy i na ich łączeniach wypadają czasem dziury. Z drugiej jednak strony owych dziur jest zdecydowanie mniej. Więcej pojawia się tam gdzie zamiast płyt jest położony asfalt.
Za to nie zauważyłam nigdzie kolein. I jeszcze coś. Odruchowo prawie się zatrzymuję przed progami zwalniającymi. Hmmm... aż tak zwalniać nie trzeba. One (w odróżnieniu od tych na Kamienieckiej w Krakowie) mają spowolnić ruch, a nie rozwalić zawieszenie. No dobra, nie mogłam odmówić sobie pewnej złośliwości pod adresem panów "fachowców z ZIKiT-u, którzy nawet przerysowany licznymi podwoziami próg uznają za niekwalifikujący się do remontu. Tutejsze progi są niższe i szersze niż te, do których przywykłam. Spokojnie można prze nie przejechać. I właściwie, to jak na razie natrafiłam na nie tylko na jednej ulicy. Z drugiej strony niewiele osób porusza sie tu pieszo a jeżdżą wszyscy. Czasem trochę tęsknię do europejskiego sposobu myślenia, że miasto ma być wygodne głównie dla pieszych. Ale... coś za coś.
Nasz pies odmówił zjedzenia kaczki. Znów był strajk głodowy, ale do negocjacji włączyliśmy Mirtazapinkę i micha poszła. Jeden raz. Później nawet prochy przestały pomagać. Ostatni posiłek zjadła jakieś 34h temu, kolejnej porcji kaczki stanowczo odmawia. Mam nadzieję, że to jej fanaberie a nie choroba.
W tym tygodniu już dwa razy dzwoniła do nas Thai - studentka, asystentka dr Hui'a. Pytała jak czuje się Korlat i czy wszystko dobrze. Za każdym razem przyjmowała wiadomość że jest coraz lepiej z wielkim entuzjazmem. Ostatni telefon był przed chwilą. Thai bardzo się zmartwiła niejedzeniem naszego psa. No cóż... Ja znam nasze suczydło, więc jeszcze się nie martwię. Ale muszę przyznać, że fajne jest to, że weci pytają jak się czują ich pacjenci, że dzwonią przypomnieć o podawaniu leków i z ewentualnymi radami. Dr Gerbolini z naszej poprzedniej lecznicy też dzwonił i pytał.
Koszmarem są dla mnie tutejsze apteki. Nie dość, ze te same substancje czynne występują pod innymi nazwami, opakowania się różnią ich układ też, farmaceuci wydają tylko to, co jest na receptę i nie zawsze są obecni (ich godziny pracy są krótsze, niż sklepu), to jeszcze niektóre preparaty zawierają substancje czynne, których nie kojarzę z Polski a niektórych dobrze znanych leków po prostu nie ma. Irytuje mnie to tym bardziej, że przywykłam do tego, że znam wszystkie zamienniki, mam jakąś tam orientację w cenach i wiem co jak wygląda. Tu jestem jak dziecko we mgle. Wczoraj polegliśmy szukając tabletek na ból gardła. Znaleźliśmy za to półkę z homeopatią. Brrr... Jutro pójdziemy do innego sklepu, gdzie apteka jest lepiej wyposażona i łatwiej o kontakt z farmaceutą.
Jak już przy tym jesteśmy, to wklejałam już zdjęcie pojemniczka z lekami. A tak wygląda wydana z apteki ulotka:
Drukowana z imieniem i nazwiskiem oraz adresem pacjenta. Nasz pies dostał oficjalnie moje nazwisko.
Wspomnę jeszcze, że gdybym mogła pracować gdziekolwiek i zdobyła właściwe uprawnienia, to jako farmaceuta pewnie zarobiłabym więcej. Tutaj to naprawdę szanowany zawód.
Przy okazji napiszę jeszcze, że pies zapracował dziś na michę, choć nie chciał jeść. Siedzieliśmy sobie spokojne w living roomie, drzwi do mieszkania po tutejszemu otwarte, nagle się otwierają, ktoś mówi "hi" i się pakuje do środka. Cóż. Zdążył krzyknąć jeszcze "sorry" i zamknąć drzwi. Korlat bardzo się nie spieszyła, ale jednoznacznie zakomunikowała, że przyszedł obcy.
Wyglądnęłam na korytarz, facet przeprosił raz jeszcze. Okazało się, że pomylił adres. Myślę, że przed następnymi drzwiami zapuka i poczeka na otwarcie ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz