Po pierwsze Korlat wpiernicza michę, aż miło. Dziś dostaliśmy po konsultacjach i długich rozważaniach nowe medykamenta, zakładamy że rozwiążą problem psiego choróbska. W międzyczasie zaczęliśmy podawać hurtowo bakteryjki (florę, na uzupełnienie wyjałowionych leczeniem jelit) i nasze demoniszcze zaczęło jeść.
Po drugie po kilku dniach samodzielnych poszukiwań i orientowania się w tutejszym systemie, pod pewnym naciskiem, odwiedziłem dziś tutejszy "pośredniak". Wprawdzie nie wiem do końca, jak to działa - bo nie ma np. domeny internetowej rządowej, tylko organizacji (więc teoretycznie jakby niezależna i niedochodowa), więc nie jest typowym jak w Polsce "urzędem pracy" (bez pracy). Ale chyba działa... Pogadałem z doradcą, dowiedziałem się gdzie mam pytać o dokształcanie w zakresie językowym, oraz jakie mam możliwości podjęcia pracy - proponują albo prostsze i podstawowe prace w firmach produkcyjnych, albo dłuższą drogę do pracy w bardziej ukierunkowanym na moje wykształcenie zakresie; z tym że mnie zależy teraz bardziej żeby się ruszyć z chałupy, coś robić i być przy tym z ludźmi z którymi można gadać, niż podnosić kwalifikacje i liczyć na wykorzstanie "od strzału" dyplomu z WSB. Więc jestem zdecydowany zacząć jakkolwiek, a potem jak się odnajdę w tej rzeczywistości, dopiero pomyśleć o skorzystaniu z posiadanych już uprzednio umiejętności. W końcu robota jest tylko robotą, a wykonuje się ją dla kasy.
A pod naciskiem dlatego, tu muszę wytłumaczyć Moją Żonę, że ja bym się chciał do każdej takiej rozmowy przygotować sam i iść na pewniaka. Ona jest zdania, że tu ludzie sobie po prostu pomagają i po to np. są w organizacji pomocy w zatrudnieniu, więc należy iść bo nie ma po co samemu wyważać otwartych drzwi i ewentualnie wrócić z większą wiedzą. Od uśmiechania się w odpowiedzi na uśmiechnięte podejście do mnie wszelkich urzędników i pokrewnych dostanę zmarszczek; ale tak, oni tutaj są mili i rzeczywiście pomagają.
A takie dostałem pomoce naukowe do przygotowania się do rozmów:
A takie dostałem pomoce naukowe do przygotowania się do rozmów:
Tłumaczenie chyba będzie zbędne, nie sądzicie..?
No, to na koniec podsumowania tygodnia jeszcze czosnek. Dlaczego akurat czosnek? Bo tu w ogóle bywa ciężko z kupieniem świeżych warzyw; chociaż np. owoców jest więcej, niż jesteśmy w stanie zidentyfikować - np. karambolę w Polsce widziałem raptem kilka razy, a tu leży sobie w najtańszym markecie, w skrzynce ot tak. Papryka, która stanowiła jeden z podstawowych składników sałatek w kraju, tu jest niemal deficotowa - $1.64 pakowana pojedynczo w woreczku, za sztukę znaczy! Ale jakiś czas temu do sałatki, którą Ewa miała wziąć do labu na wspólny lunch, chciałem uczciwie dać czosnek, a nie proszek z tubki - więc wzięliśmy główkę. Na zdjęciu poniżej jeden z ząbków...
Nie, to nie jest fotomontaż; ani nawet jeden wybrany dla hecy. Co ciekawe, cebula też ma tu rozmiary większe od naszych jabłek. Tylko tej papryki szkoda, bo fajne rzeczy się z niej gotuje.
Aha! Pojeździłem sobie dziś, i wreszcie wyjaśniłem jeden fenomen drogowy. Cały czas, kiedykolwiek nie prowadziłbym samochodu, ruszając ze świateł ze skrzyżowania miałem podświadome wrażenie że z jakiegoś powodu już jestem spóźniony; od dziś wiem dlaczego. Po czerwonym jest zielone, NIE MA żółtego! Po prostu. U nas się tłumaczy, że żółte jest żeby się przygotować do ruszenia, wrzucić bieg... Tu się generalnie zdejmuje nogę z hamulca i jedzie, nic nie wrzuca; nie ma czego "przygotowywać". Kolejna zagadka poczucia obcości rozwiązana, jak jeszcze coś znajdę to nie omieszkam się podzielić.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz