W środę pojechałam do pracy z najcenniejszą próbką na świecie.
Szybciutko przygotowałam syrop cukrowy o odpowiedniej gęstości i przygotowałam preparat.
Procedura wykonana pod wyciagiem, dzięki czemu zapach nie tylko nie rozniosł się po pomieszczeniu, ale i nie przeszkadzał "analitykowi".
W gabinetach w Polsce trzeba długo czekać, ale ja miałam na podorędziu wirówkę. około 1000 obrotów na minutę, czyli stosunkowo niewielka prędkość, załatwiła sprawę.
Wynik jest taki:
Te zaznaczone strzałkami obiekty to właśnie prawie na pewno kokcydia. Pasuje kształt i rozmiar. Nasze "ciocie" jednogłośnie zgadzają się z moją oceną.
Dr Hui też z kimś konsutował, pewności nie ma ale dał odpowiedni na kokcydia antybiotyk. Pierwsza dawka podana wczoraj, zobaczymy jak będzie.
Mam wielką nadzieję, że to to i sprawa leczenia jelit się na tym zamknie.
Przy okazji rozmawiałyśmy z Jennie o niebezpieczeństwach czychających w Indianie na nieobeznanego obcokrajowca. Do trzech nieprzyjemnych roślin zaliczyła się pokrzywa, ale dwie pozostałe są znacznie gorsze (trujący bluszcz i trujący dąb). Trzeba się nauczyć je rozpoznawać.
Dostałam informację gdzie szukać alarmów pogodowych. Miałam właśnie wkleić mapę z ryzykiem występowania tornad. Na którą nie spojrzałam - jesteśmy w tym najbardziej ryzykownym terenie. Ale znalazłam lepszą mapkę. Jest absolutnie urocza :)
Z rzeczy bardziej przyziemnych: w końcu wydrukowałam fotki na ścianę i wreszcie powiesiliśmuy obrazki. Zawisły na ścianie, przy czynnym udziale mojego męża. Tak samo, jak mój prezent urodzinowy :) Co prawda wiszą na gwoździkach, więc jest ryzyko, że przy trzęsieniu ziemi spadną, ale może nie będzie tak źle.
Przyszła nasza tablica rejestracyjna i półka do łazienki. Nareszcie, bo kosmetyki na szafce doprowadzały mnie do szału.
Od tygodnia mamy całkowitą wiosnę. W poniedziałek równe 20 stopni. Biorąc pod uwagę, że niedawno był mróz i wklejałam fotki ze śniegiem do pół łydki, to naprawdę niezła odmiana.
Jedyne, co w tym tegodniu się nie udało, to moja zabawa w chemika. Nie wiem jeszcze gdzie był błąd. Muszę powtórzyć wszystkie obliczenia, bo ilości na jakich pracuję są tak małe, że musiałam zrobić roztwór 100000 razy stężony, bo mniejsze ilości były nieodważalne.
No i na koniec hit: przyszło coś pocztą: jakiś dziwny druczek, adresowany na mnie. Nazwa w rogu kojarzyła mi się z preparatem na Korlackiego hearthworma. Kiedy się przyglądnęliśmy zobaczyliśmy, że to... czek! Taka promocja była. Oddali nam część zapłaty za zakup.
Druczek przyszedł luzem: bez koperty, wypełniony na 12$ tak po prosty wrzucony do skrzynki.
Do pewnych rzeczy chyba się nie przyzwyczaję :)

Mapka prawie tak ładna jak moja. ;)
OdpowiedzUsuńA focia laboratoryjna słodka - jest nawet znaczek biohazard w lustrze. :>
To nie lustro, tylko szyba oddzielająca przestrzeń, z której odsysane jest powietrze. Urządzonko służy do pracy z rzeczami trochą niebezpiecznymi, a tu zostało wykorzystane, by usunąc zapach ;)
OdpowiedzUsuńA znaczek Biohazard wypatrzyłam - na pojemniku na odpady. To sie zgadza. Wszystko poszło do sterylizacji zanim zostalo skoszowane.
No tak, zasugerowałem się górną połową z odbiciem fotografa. ;)
OdpowiedzUsuń