środa, 18 marca 2015

Dobrze wszystko wiedzieć

Na początek obrazek golfiarzy na polu, wyglądających (w marnym zbliżeniu z telefonu) tak:


Faktycznie, wygległy ich tłumy, na krótkim spacerze w jedną tylko stronę minęliśmy kilkanaście wózków, a kolejne były na drugiej części pola. I niech mi ktoś powie, że jeden golfiarz wiosny nie czyni...
Za to kolejnego dnia było już zdecydowanie chłodniej, i teraz jeszcze jest. Wiosna może i przyszła, ale nie spieszy się z rozgoszczeniem na dobre. Ewa się cieszy, bo skok temperatur do poziomu nieznośnego dla Niej jeszcze poczeka.

Tymczasem ja pracuję (powoli) nad zmianą statusu bezrobotnego. W sobotę i niedzielę... strona z ogłoszeniami prowadzona przez "pośredniak" (Work One) leżała, więc poza sprawdzeniem zaraz w piątek że swojego cv nie mogę wpisać z braku Social Security Number wiele więcej nie zrobiłem. Są jakieś lokalne ogłoszenia, ale z kilku przyczyn wolałbym jednak pracę w większej fabryce - zawsze to wyższy poziom bezpieczeństwa, mniejszy stres, lepsze perspektywy czy poziom szkolenia na którym mi zależy. W poniedziałek zarejestrowałem się na szkolenie z przygotowywania "resume" (czyli cv), ale zaraz po nim prowadząca skierowała mnie do kolejnego doradcy, który dla odmiany prawie nie miał problemu z wymówieniem mojego imienia. Skubany, przyznał się że ma wielu przyjaciół Polaków w Indianie, niektórzy całe życie tu spędzają i - pochwalił mnie - mówią po angielsku słabiej ode mnie. Pociecha jakaś była.
A, obrazek z "pośredniaka", sala szkoleniowa dla bezrobotnych:


Fota zrobiona cichaczem spod stołu, nie chciałem zachowywać się jak przybysz z głuszy; ale uznałem, że jakiś obrazek z naszej tutejszej codzienności się Wam należy.

Dzięki temu może już niedługo zmienię swoje obecne "stanowisko pracy" w domu:


Jakby ktoś był ciekaw, to cały sprzęt kuchenny jest w apartamencie, jak się go wynajmuje. Kuchenka ma takie rozmiary jak 1,5 naszej, mikrofala też jakby większa... Ale naszych talerzyków obiadowych nie przełknie, nie ma opcji. Ciekawe, czy są większe.

Dowiedziałem się, że mam szansę na pracę w fabryce, że moje dyplomy i wykształcenie niestety na razie nic tu nie znaczą (co wiedziałem), a przy okazji że księgowi, doradcy czy analitycy zarabiają tu całkiem nieźle. Najlepiej lekarze i dentyści, ale to inna kategoria wagowa. A, jak byłem kiedyś w biurze naszego osiedla, to leżała sobie lokalna gazetka, z wykazem najlepiej zarabiających na tutejszym uniwerku ludzi. Trzy pierwsze pozycje to... managerowie sportowi. Kpina, dopiero na chyba czwartej pozycji pierwszy prawdziwy profesor, ekonomista. Fascynujące, zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę tutejszą średnią wagę - sporą. Dwa miliony rocznie dla trenera drużyny sportowej, nic tylko się postarać.
Zapisałem się też do gratisowej szkoły gdzie uczą angielskiego jako drugiego języka, więc głównie imigrantów, i gdzie ewentualnie można zrobić dyplom odpowiadający szkole średniej (albo maturze, bo jeszcze nie łapię tutejszego systemu w całości). Wprawdzie Ewie kolega z labu podpowiedział, że lepsze będą kursy na uniwerku, ale te są raz w tygodniu, a lepszy poziom płatny - po następnym tygodniu - mają przerwę wiosenną - wybiorę się chyba na zajęcia. Skoro jest, to trzeba korzystać, potem może nie być tyle czasu. Na początek robiłem testy, które chyba wypadły podejrzanie dobrze, w każdym razie sprawdzający je chłopaczek dziwnie na mnie patrzył po weryfikacji i tak mi też oświadczył. O wynik w cyferkach nie zapytałem, bo spieszyłem się z zakupami do lodówy. W każdym razie coś się rusza do przodu.

No, teraz się biorę za ciąg dalszy - zdobycie SSN. Wprawdzie dostęp do portalu z ogłoszeniami ma mi zapewnić kod, którego używają pracownicy zamiast mojego numerku, ale do pracy i tak będzie mi niezbędny.

Zapomniałem się pochwalić, że po odbiorze prawka, zgodnie z moim odgrażaniem się, poszedłem po tutejsze piwo, żeby go spróbować. I tak: jest, owszem. Smakuje niby jak piwo, ale faktycznie słabsze od naszego. O ile nie wiadomo, bo nie napisali nic na butelce: najwyraźniej jak z winami, trzeba popróbować i po prostu wiedzieć. Wszystko trzeba wiedzieć, bo nic nie piszą.


A, butelka jest mniejsza - ca. 350ml. Liczona oczywiście w fl oz, czyli uncjach dla płynów, które są inne niż uncje dla ciał stałych, tylko się tak samo nazywają. W ogóle można dostać kota z tymi średniowiecznymi jednostkami... Waga jest w funtach i uncjach, to fajnie. Ale są jeszcze "kamienie", a wszystko liczone zwyczajowo - funt ma 16 uncji, ale "stone" tylko 14 funtów. Wagi pojazdów podawane są funtach, więc liczbowo wychodzą olbrzymie. No, w końcu mnie tutejsza waga pokazuje 180. Żeby było ciekawiej, 8 uncji płynnych to "kubek" (cup), który się bardzo często pojawia w przepisach, a 4 kubki to kwarta, czyli czwarta część galona. I jeszcze tu nie byłoby tak trudno (ale jest), gdyby nie to, że tutaj zwyczajowo używa się określeń typu "8 kwart" zamiast "2 galony"; tak jest np. w opisie naszych garnków! Nie mówiąc o drobiazgu, że "puszeczka" farby, którą dostaliśmy do zamalowania paru poprawek na ścianach, liczy sobie... 3 i 7/8 kwarty. Dlaczego, kurde, nie cały galon! Już nie wspominając o podstawowej naszej monecie, których garść trzeba wrzucić do pralki i suszarki, czyli "ćwiartce" dolara.

I jeszcze jedna ciekawostka, żeby nie było że wszystko tu mają większe - kupiłem sobie nowy portfel. W domu nosiłem kilka kart, w tym jakieś rabatowe (z których prawie wcale nie korzystałem), do płacenia łącznie dwie. Dowody rejestracyjne i ubezpieczenia, które tutaj zwyczajowo mają leżeć w samochodzie w schowku, a miałem co najmniej dwa zawsze. Prawo jazdy, dowód osobisty, jakąś awaryjną gotówkę. Tutaj jest tego mniej - przynajmniej póki nie mam garści kart kredytowych, bo rabatowe są w formie zawieszek do kluczy, oto efekt:


I nie, to nie jest wkładka do portfela, tylko całość. Fajnie. Póki co mieści moje prawko, kartę pozwolenia na pracę, dwie płatnicze i jakieś śmieci, więc wystarcza.

2 komentarze:

  1. no i musze skomentowac...bedzie troche niecenzuralnie, ale ma tylko sens, jesli dokladnie powtorzone:-) Otoz, w pierwszych tygodniach mojego zycia w tym kraju, uslyszalam taki dowcip:
    "-DO you know why american beer is like sex in a canoe?
    - NO!
    -Because it's fucking close to the water"

    :-)))))))

    Cheers!

    OdpowiedzUsuń
  2. a to wiemy, dlatego właśnie miało być amerykańskie piwo ;)
    szkoda tylko, że ze względu na grę słów dowcip jest ciężko przekładalny na polski
    jsz

    OdpowiedzUsuń