Przyszło w piątek, zupełnie niespodziewanie po dwóch miesiącach (co do dnia, w zasadzie) oczekiwania - czyli w pierwszym terminie, kiedy przyjść zgodnie z procedurą mogło: pozwolenie na pracę.
Podobno standardem jest oczekiwanie trzech miesięcy, bo termin rozpatrzenia jest do trzech; zabawne w tej sytuacji jest to, że dosłownie we środę i czwartek patrzyłem po lokalnych stronach za jakimiś zajęciami typu wolontariatów, żeby się ruszyć z chałupy skoro Korlat się lepiej czuje i w zasadzie (poza tym, że nie chce jeść) wraca do normalnego samopoczucia i zdrowia. Takie zajęcie podpowiadali koledzy Ewy z labu, bo dobrowolna nieopłatna praca na rzecz jakiejś potrzebującej grupy czy organizacji jest tu bardzo dobrze widziana. No, ale póki trzeba było pilnować psa, to nie było się jak ruszyć z domu; zwłaszcza że dopiero (również) w piątek po sprawdzeniu wyszło w systemie moje prawo jazdy i można było dopisać mnie do ubezpieczenia - a tym samym mogłem z dumą pożyczyć od żony samochodu i przejechać się po mieście. Jeździ mi się na razie dziwnie, ale są lepsi zawodnicy na drogach.
A przy okazji - na takie ciekawostki naraża nas sprawdzanie czasu w domu nowym i domach starych:
Dla nieznających jezyka, tudzież nieprzyznających się do znajomości w wystarczającym stopniu: czas dla nas podany jest jako "dziś", a ten Wasz, europejski, jako "jutro". Taka tam ciekawostka. Jakby z resztą kogoś to interesowało, to od dziś mamy czas letni i chwilowo tylko 5 godzin różnicy do Was. Za to w ciągu 2 dni zniknął tutaj cały śnieg, pojawiło się na jego miejsce całe błoto, mamy więc paskudnie mokrego psa po spacerach i zabłocone buty. Zapomniałem od zimowych odwilży, ile tu potrafi być błota; czasami mam wrażenie, że życie na terenie który jest urozmaicony pagórkami i wodą w dolinkach jest znacznie prostsze, niż na jednostajnie podmokłej łące. Znaczy polu kukurydzy.
Miało być jeszcze o lepszych zawodnikach: wczoraj w drodze powrotnej z nieudanego wypadu do wilczego rezerwatu zostałem otrąbiony przez panią w średnim wieku, o mocno ciemnej skórze. Wjechałem po wrzuceniu kierunku na pusty pas do skrętu w prawo, kiedy ona (poprzednio jadąc za mną) wyprzedziła mnie z lewej, po drugiej stronie podwójnej ciągłej, wcześniej zacząwszy ten manewr na pasie do skrętu dla ruchu przeciwległego; po czym przecięła tuż przed skrzyżowaniem wszystkie 4 pasy i pojechała w prawo... Gdybym wiedział, że tak tu wolno jeździć, to chyba nie zgodziłbym się na oblanie mnie na egzaminie.
A to jeszcze jeden obrazek sprzed kilku dni zza okna: wywózka z parkingu zalegających gruchotów. Interesujące dla imigranta z Polski są co najmniej dwa aspekty sprawy: pierwszy iż wołem roboczym jest pick-up, którym robią tu wszystko. Odśnieżanie, w tym z pługiem i solarką z tyłu (soli sypią tu kosmiczne ilości); ba, widziałem nawet pick-up'a z siodłem pod naczepę, ciągnął całkiem spory wózek za sobą. Drugim natomiast jest sam fakt wywiezienia z parkingu czyjegoś, prawdopodobnie porzuconego, samochodu i motocykla; na tym ostatnim widziałem dzień czy dwa przed wywózką jadowicie zieloną karteczkę z notatką, ale wobec braku reakcji zarządca naszego akademika zdecydował się staruteńką Hondę z wykręconymi gaźnikami - po prostu usunąć. Przydałaby się lekcja postępowania dla zarządu dróg w Krakowie, który nie potrafił sobie przez wiele miesięcy poradzić z zalegającym przy pętli autobusowej porzuconym samochodem, który zdążył zostać zdemolowany przez złotą młodzież Klinów. Dopiero kiedy jakieś niewidzialne ręce wyciągnęły złom na środek pętli, grożącym pożarem złomem zainteresowała się straż wiejska (rozciągnęła biało-czerwoną tasiemkę dookoła), a w końcu zikit, który wrak wywiózł. Chyba znów komuś podpadnę, ale jakoś wolę miejscowe metody, niż żałosne w gruncie rzeczy niby-poszanowanie cudzego mienia, a w rzeczywistości tchórzostwo na poziomie zarządzania i całkowity paraliż decyzyjny w takich przypadkach.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz