niedziela, 28 czerwca 2015

Obrazek zakupów, obrazek psa, obrazek z miasta

Obrazek z naszej ściany spodobał się Maćkowi, więc dostał taki sam w Polsce. Ma lepszą wersję "apgrejd", jak się dowiedziałem, bo jego jest na drewnianej ramie (jak ja chciałem od początku powiesić nasz), a my dostaliśmy swój zwinięty w tubce. Jest jedno małe ale:  cena tego obrazka tutaj jest w stosunku do zarobków po prostu znacznie niższa; chociaż zbliżona w przeliczeniu do ceny złotówkowej z Allegro. To jest jeden z zasadniczych powodów, dla których dla mnie jako ekonomisty wyjazd do takiego kraju ma sens. Siła nabywcza, ot co.
Korzystając z tejże, oraz tutejszego podejścia do sprzedawania, postanowiłem w końcu wyposażyć się w elektryczne urządzenie golące. Dotychczasowe moje doświadczenia w tym zakresie ograniczały się do radzieckiego wynalazku, znaczy kopii maszynki do golenia wykonanej w ZSRR, nabytej na słynnych onegdaj targach od ruskich. Ech, człowiek się starzeje, wspomina dzieciństwo; ale fakt, że sam zacząłem mieszkać w internacie... no, chyba będzie 20 lat temu. To jeszcze zdążyłem pochodzić na targowiska, gdzie przedstawiciele byłych republik zwozili co im się tam udawało sprzedać. W każdym razie - urządzenie zaprojektowane jako golące przez wyższą cywilizację, po przepuszczeniu przez radziecki zakład przemysłowy zostało czymś na kształt golarki, ale o funkcjonalności depilatora. Ze smarowaniem, zostawiało bowiem na twarzy łagodzącą (?) warstwę oleju maszynowego. Od tamtej pory używałem ręcznych maszynek z ostrzami.
Tu pewna drobna dygresja, albowiem właśnie niedawno wyczytałem. Psioczycie wszyscy (albo psioczyli ci, którzy jeszcze nie poszli po rozum do głowy) na ceny tuszów do drukarek atramentowych..? Ten schemat sprzedaży jest właśnie "wynalazkiem" firmy Gilette, która - odpłatnie - użyczała mi ostrzy do twarzy do niedawna. Lata temu, w ramach walki konkurencyjnej, producent ten zaczął ku uciesze klientów sprzedawać bardzo tanie maszynki do golenia. Z bardzo, ale to bardzo drogimi ostrzami... Schemat sprawdził się na tyle dobrze, że został skopiowany m.in. przez Hewletta-Packarda, a później innych producentów drukarek. Co należy więc kupować? Np. drukarki Brother, polecane przez zaprzyjaźnionego serwisanta tego sprzętu: nawet do atramentówek tusze są dwa razy tańsze i dwa razy pojemniejsze od innych. A najlepiej kupić do domowego użytku używaną laserówkę, byle nie zajechaną do spodu (licznik kopii można sprawdzić). Ma tę dodatkową zaletę, że nie wysycha, jeśli jest używana bardzo sporadycznie. Ostatnia w Krakowie została kupiona (że niby stara Minolta) za 20 złotych polskich, i za tyleż odsprzedana.
Wracając do kwestii golenia, poszedłem w końcu i ja po rozum do głowy (jak nie muszę tu oddawać za golarkę piątej części pensji), i szukałem przez dłuższy czas odpowiedniego - czytaj: optymalnego pod względem użytkowym/ cenowym - urządzenia. Długi. Aż się Ewa zaczęła zastanawiać, czy mi nie kupić i nie wybawić z kłopotu. Tak już mam, że do oporu będę szukał najlepszej oferty, usiłując zapłacić jak najmniej za nią. Teraz szukamy telewizora, też jest ciekawie. W każdym razie Amazon pokazywał mi jedną, że niby z obniżką z 200 kilkudziesięciu do $65. Przyjąłem do wiadomości, i... szukałem dalej. Po kilku wizytach w sklepach, oraz sprawdzeniu bądź ilu ofert w internecie, prawie się zdecydowałem; po czym sprawdziłem jeszcze w jednym, gdzie mieliśmy kupon na zniżkę. Też mieli, w tej samej cenie, ALE tutaj wszystkie zniżki się kumulują. Czyli od oferty z obniżką ceny, dostałem rabat; łącznie po doliczeniu podatku oszczędziłem kolejną 1/3 ceny. Teraz dopiero byłem usatysfakcjonowany. To chyba równie amerykańskie, jak moje oddanie prezentu pod choinkę, zaraz po świętach.


Wczoraj poszliśmy do jednego z tutejszych parków, żeby pies sobie poleżał na trawie - a nie tylko dom i dom. Nie wyszło do końca, cholera była zainteresowana wszystkim dookoła, oprócz spokojnego leżenia. Chcieliśmy jej zrobić przyjemność z wyjścia (w zasadzie wyjazdu) poza osiedle, a skończyło się na dyszeniu przez kilkadziesiąt minut i pilnowaniu, żeby państwu się nie stała krzywda, skoro w takie obce dziwne miejsce się wybrali, i zabrali psa do pilnowania ich bezpieczeństwa.
Oprócz trawy i drzewek mają jeszcze co kawałek tabliczki pamiątkowe, pamiątkowe ławeczki z tabliczkami i inne takie. Nadrabiają braki historii jako takiej - intensywnością zaznaczania, że coś tu było pomiędzy czasami obecnymi, a biegającymi luzem bizonami (które może jeszcze czuje psim nosem nasz stróż).


Dziś pewnie pójdziemy zobaczyć kawałek tutejszego "starego miasta". Wyciągnąłem Ewę, aż się boję efektów...

cd.

Po powrocie: było fajnie. Relacja jak mi się będzie chciało napisać.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz