sobota, 20 czerwca 2015

Taste of Tippecanoe

Dziś wybraliśmy się na lokalną imprezę. Jak stwierdził mój brat "po Amerykańsku" - no tak. W sumie chodziło o żarcie. Bilet wstępu za piątaka, a za jedzenie zwykle od jednego do kilku $. Zaleta taka, że można było popróbować naprawdę różnych rzeczy z różnych restauracji, a przy okazji spotkać znajomych. I tak natknęliśmy się na Valeriego z Galiną. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, ze to najmniejsze "Taste of Tippecanoe" od kilku lat. Prawdopodobnie dlatego, ze kładka dla pieszych jest w remoncie i imprezę musieli ograniczyć do jednego miasta. 
Jeszcze przed wyjściem podzieliliśmy się z Przemkiem obowiązkmi: ja oglądam, on je. Podział obowiazków wynikał głównie z tego, że nie chciałam ryzykować, że znów w niewinnie zapowiadającym się daniu trafię na mięso, którego nie przełknę. Za to Przemek zmęczony dietą wegetariańską, która króluje u nas w domu z radością zajadał się różnymi dziwnymi daniami. I tak oto (poza tiramisu) bezmięsna była tylko kawa mrożona. 


Coś czego nazwy nie pamiętamy z kuchni egipskiej



BBQ steak sandwich



Grill mongolski

Ja pod koniec skusiłam się na truskawkowego smoothie, a przy okazji dowiodłam, że lokalesi potrafią (bez wahania) zapisać moje imię tak, żeby nie robić ze mnie Iwy czy Iły:


Właściwie na ten wariant imienia naprowadziła mnie Kathy, która starając się z uprzejmości mówić "Ewa" wymawia mnie jak tutejszą Avę. 

Nasze niedowierzanie wywołało jedynie stoisko, gdzie podobno ktoś miał udzielać pierwszej pomocy. 

Oczekiwaliśmy jednak więcej, niż krzesełka, na którym można usiąść. Wybitnie zniesmaczeni podejściem trafiliśmy na takie coś:



Tak.. pierwsza pomoc w razie nagłego głodu. Nie bardzo mam pomysł jak to skomentować. Dobrze, że my sami możemy liczyć na siebie. Ech, daleko im do Krakowa z jego Rkwadrat. Na myśl o patrolu rowerowym i dwóch motocyklach ratunkowych w okolicy podobnej imprezy aż się nie da nie uśmiechnąć. 
Nieznacznie poprawiając wrażenie w kontekście zabezpieczenia tutejszego wydarzenia, dodam że straż pożarna prezentowała się lepiej. 



Były też ekrany, na których leciały lokalne informacje i częste komunikaty pogodowe. Nic dziwnego, kiedy rano sprawdzałam, ryzyko tornada w zagrożonym rejonie (w który się łapiemy) jest szacowane na późny wieczór na około 40%. 
No tak. Ostrzeżenia pogodowe na miejscy w takiej sytuacji zdecydowanie trzeba zaliczyć na plus. 

Na koniec kilka jeszcze fotek z samego miasta. 












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz