czwartek, 4 czerwca 2015

Dawno mnie nie było, więc kilka obrazków naszej rzeczywistości

Na początek roboczo:



Czyli "lęk wysokości? jaki lęk wysokości, to tylko drabina". Uprzedzając pytania: nie, nie zamierzam tam tkwić po wsze czasy. Przy okazji rozmów ze współtowarzyszami niedoli dowiedziałem się, że pracownik z 10-letnim stażem może liczyć na stawkę... $12.00, czyli niewiele więcej niż mam ja, któremu połowę rzeczy trzeba mówić co gdzie jest; a trzeba mówić, bo cały magazyn oparty jest na dobrej pamięci magazynierów - nie ma ani listy działów (system pokazuje numery, nie nazwy), ani nawet planu rozmieszczenia poszczególnych półek! A to już jest przegięcie, bo kilka z nich jest ulokowanych w innych częściach sklepu.
Tym niemniej wszyscy zachowują poczucie humoru:


Konkurs na "pracownika miesiąca" wygrała Anette, ale że nie lubi zdjęć, to wykopała przed obiektyw biednego Frankiego. Ten ostatni asekuruje się odpowiednim wyjaśnieniem na piśmie.

W drodze na roboty, po nocy:


Moją uwagę zwrócił hałas w koszu na śmieci, recyklingowe. Odracam się, a tam z kosza wygląda biało-czarny łebek, trochę kształtu psiego, i patrzy na mnie. Za chwilę cały szop, z niejakim trudem, wykaraskał się z kubła; po chwili - kiedy wyciągałem i ustawiałem aparat - zdążył wleźć na drzewo. Przy tej otyłości należy go za to chyba podziwiać, że dał radę.


Ewa stwierdziła, że gdyby miała dać przykład modelowej otyłości u Amerykanów, ten przedstawiciel lokalesów znalazłby się niewątpliwie na podium, wśród zdecydowanych zwycięzców. Swoją drogą ciekawe, co go zwabiło do kosza z materiałami przeznaczonymi na recykling. Ciekawszy powinien być ten z odpadkami organicznymi. Nawet jeśli są GMO, to głupi zwierzak przecież nie potrafi czytać.


Tak, faktycznie do Celery Bog pojechaliśmy samochodem. Problemu z tym nie ma, bo ponieważ tu wszędzie używa się samochodów, to wszędzie są też - parkingi. Ten na naszym terenie chronionej przyrody jest może ciut mniejszy (łącznie) od parkingu pod krakowskim Tesco na Kapelance; obstawiony jest z reguły przez kilka, nie więcej niż 5-7 samochodów. Niby jest tam jeszcze jakieś ekologiczne centrum edukacyjne, ale dla nas i tak te wyasfaltowane hektary wydają się przesadą.


Hmm... Nie wiemy, czy z umysłem, ale ze wzrokiem coś to Selerowe Trzęsawisko nam robiło.


A to już na drodze. Tak, tutaj nie ma obowiązku jazdy w kasku na motocyklu - przynajmniej jak się jest pełnoletnim. Plakaty promujące odpowiedni strój wiszą np. w tutejszym wydziale komunikacji, ale chyba nikt się nimi nie przejmuje. Kaski jeszcze czasami mają, ale reszta ubioru to co najwyżej skórzane spodnie i kamizelka u harlejowców. Ponieważ tubylcy traktują pojazdy zdecydowanie użytkowo, nie jest niczym dziwnym skrzynka jak na zdjęci, byle jak zaczepiona gumami do kanapy. Jeszcze ciekawiej potrafią wyglądać na drodze tutejsze skutery. A, ponieważ tutaj przepisy wyraźnie mówią, że pas jest przeznaczony tylko dla jednego pojazdu - a poza tym nie jest w zasadzie w naszej okolicy znane pojęcie korka - żaden skuter czy motocykl nie przeciska się między stojącymi np. do świateł samochodami. I tak szybciej nie pojedzie, bo przekraczanie dopuszczalnej prędkości jest zdecydowanie limitowane przez samych kierowców - 5mph to na większości ulic standard, 10 zdarza się na tych bardziej bezludnych i wychodzących poza miasto. Dzięki temu miewamy w zasadzie jedyną na świecie okazję podziwiać sznurek samochodów ciągnących się za pierdzącym środkiem szerokiego, acz pojedynczego pasa...
Co ciekawe, motocykle i skutery są tu absurdalnie drogie! Identyczna jak sprzedana przeze mnie w Krakowie Yamaha 125ccm stoi sobie w ogłoszeniu za, bagatela, $1200! Biorąc pod uwagę, że za niewiele więcej można kupić samochód w podobnym wieku (ca. 15 lat), to ceny wydają się zdrowo przesadzone.


Na koniec - wizyta w sklepie. Na wystawce nie wszystko zidentyfikowaliśmy, a zdjęcie zrobiłem ze względu na leżące liście aloesu. Całe, świeże, wg. uznania...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz